czwartek, 25 grudnia 2014

Po pasterce

Spadł mi z serca najcięższy kamień. Jest ich tam jeszcze kilka, ale ten był dość spory. Gdy o tym marzyłam, nie spodziewałam się, że będzie tak zwyczajnie, normalnie, niemalże sennie. A jednak. Jakaś powłoka, zasłona dymna, lekkie oszołomienie oddziela mnie od świata. Ale to dobrze, w sumie to dobrze. Dziś odetchnęłam z wielką ulgą.

Zaczynam czasami naprawdę widzieć, że wszystko straszne jest tylko w mojej głowie i że w ogóle zbyt wiele tam mnie.

Chciałabym bardzo, by teraz wszystko się zmieniło, głównie to, jak się po cichu modliłam, bym ja sama się zmieniła, bo w sumie to jedyna droga. Trochę by było jak dawniej, ale też trochę inaczej. Chyba pora wreszcie dorosnąć. I być może nawet jestem na to gotowa. Przynajmniej bardziej niż kiedykolwiek dotąd.


Gdy zaczynałam pisać tego bloga, nie spodziewałam się, że nadejdzie czas, gdy będę tak zdrowa.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Peryferie siebie

Tyle razy myślałam ostatnio Ukraina, wiele razy wypowiadałam to słowo. I jeszcze więcej słów. Ich znaczenia jedynie dla mnie samej wiążą się w spójną całość. Pokusiłabym się o ich opisanie, ale są tylko do patrzenia, patrzenia myślami - są niewyrażalne... Mimo to zawierają się gdzieś między idealnie przejrzystym, zielonym pejzażem a zapuszczonym i bezgranicznie brudnym terytorium.

Dalej jestem pod urokiem Andruchowycza, chociaż już wiem, że nie zrozumiem tego tak, jak myślałam, że mi się uda. Być może dawno nie miałam w rękach poezji tak przepełnionej prawdziwym życiem. Nie urywam w połowie zdania wiersza, nie odpływam myślami. Słucham do końca. Wszystko wydaje się prawdziwe, wszystko jest interesujące, wszystko to słyszę po raz pierwszy. Oswoiłam troszkę jego nazwy własne. Nadal się tam nie nadaję, ale nic to. Bardzo to męski sposób mówienia. W świecie Andruchowyczowego podmiotu lirycznego podróż bywa samotna i to nic złego, obserwuje się bez schizy, że jest się obserwowanym, pije się więcej, pali się więcej. Trochę zawsze o tym marzyłam, by kimś takim być, tym słynnym outsiderem, choć nie ulegam złudzeniom. Mimo wszystko, mimo wewnętrznego chłopca, starych blizn na kolanach i zagojonych siniaków, mimo umiłowania prostoty, prostej komunikacji i potępienia gierek typu sentymentalizm - pozostaję kobietą.


W studni

Każdy weekend to jak bezdenna studnia, do której mimowolnie wpadam. Zanurzam się pod wodę, robi się ciemno i duszno. Czasami zupełnie nie pamiętam już, co zostawiłam na zewnątrz. Przez niedobór tlenu nie potrafię zebrać myśli i ułożyć planu powrotu.

Chyba z braku słońca tak się dzieje. Wędruję gdzieś myślami, mając u progu niepamięci wszystkie ważne sprawy. Jedyne, co potrafię powiedzieć, że robię, to po prostu jestem. Niby coś się dzieje, coś przykuwa moje spojrzenie, coś każe mi się skupić, coś mnie na przykład boli. Te cosie przypominają, że jestem - gdzie, kiedy, jak. Ale nic więcej. Dziwny taki amok. Jak gdyby pijacki. Trochę na granicy snu. Ledwo coś pamiętam w takich momentach. Pamiętam, że niedawno bardzo mi było przykro, że byłam bezradna, że to bolało, ale w te kilka dni sumujące się na weekend mam zbyt otępiały umysł, by przypomnieć sobie, co jeszcze niedawno czułam.

Nieraz w takich chwilach uświadamiam sobie jednak, że:
a) nie powinnam czytać fantastyki,
b) wciąż czeka na mnie II część Melancholii, której się boję,
c) takoż poezja, której nie rozumiem, lepiej niech czeka na stateczne dni,
d) smętna, minorowa muzyka działa dziś bardziej.

Nie wiem, od czego to zależy, ale chyba stałam się w pewnym momencie przewrażliwiona. Najlepiej mi czytać suche, naukowe rozprawy, encyklopedyczne definicje, zimne podręczniki. Zadowalać się radiem i jakimś lajfstajlowym programem telewizyjnym. Byle, na Boga, nie postradać zmysłów.

niedziela, 14 grudnia 2014

Marszruta. Obawa

Jest taki rodzaj niepokoju. Jak ten, gdy odwlekam odczytanie jakiejś wiadomości. Lub gdy trafiam na nieznane słowo i nie mam ochoty sięgnąć do słownika, ale to dziwne uczucie powinności powoduje pewne zawieszenie. (W końcu po słownik sięgam, ze wstydu.) Podobnie dzieje się, kiedy po nieprzespanej nocy budzę się popołudniem, powietrze już ciemnieje i dzień nie jest moim udziałem. Kiedy przeglądam godzinami moje osiemset zdjęć z ostatnich pięciu lat, czasy się mieszają i czuję podwójne zmęczenie. Niepokój buduje się na siatce rzeczywistości i tworzy dziwną przestrzeń wahania. Potem jest niemoc. Lęk. Ucieczka. Cień. Taka marszruta. Ale nie dziś.

Wiersze Andruchowycza, Piosenki dla martwego koguta. Jeszcze nic nie rozumiem. Ukraina to polityka, polityka to Ukraina. Ale czuję ten niepokój, choć to wszystko mnie nie dotyczy. Wszystkie te nazwy własne. Raczej czuję się gdzieś między jego słowami, na przykład czuję czasem, że też jadę.
Ja też jadę
tym wagonem z miejscówkami,
tą noclegownią na kołach,
gdzie światła jest akurat tyle,
żeby nie zasnąć i nie czytać,
dokładnie tyle,
żeby się powiesić.


tłum. Bohdan Zadura
A może właśnie dlatego mnie to dotyczy. Chyba boję się, że ten właśnie kształt przyjmie to, co ma mnie dotyczyć. W przyszłości. Gdy gdzieś odejdę, wyruszę w prawdziwą podróż, jeśli to zrobię, jeśli się odważę lub jeśli będę do tego zmuszona. Wszystkie te nazwy dlatego są własne, że zupełnie nie są moje. Chciałabym być gdzieś daleko, gdzie nie ma potrzeby, by były. A czasem chciałabym, by to mnie nie było. Ale nie tak znowu często. Pewnie jak każdy, jak ty czy oni.

wtorek, 2 grudnia 2014

Gorzki posmak

Dziś kilka scen, tak zwanych faktów autentycznych, układających się w zadziwiająco spójną całość.

I   Nie wyrabiam się w czasie, trochę przeklinam, ale jadę, gdzie mam jechać. Na zewnątrz jestem opanowana, ale to tylko pozory, czuję wewnętrzne kołatanie, ale nie potrafię zlokalizować, co szwankuje. Ostatnio wszystko było już w miarę lepiej, spokojniej. Przed wejściem do budynku zapalam papierosa. Robię tak we wtorki. Tym razem jednak coś bardzo mi nie pasuję, niemal się dławię. Pierwszy raz potrafię nazwać smak dymu. Jest gorzki. Najzwyczajniej w świecie jest gorzki.

II   Koleżanka promienieje. Podnosi rękę i pokazuje pierścionek zaręczynowy. Ma bordowe kamienie w środku i srebrne kryształki wokół. Nie potrafię ich nazwać, nie znam się na tym. W każdym razie wzór ornamentu był zaprojektowany na podstawie jakiegoś ważnego elementu prywatnej literackiej mitologii zakochanych. Jest przeszczęśliwa. Wychodzę za mąż. Wychodzi w sierpniu. Mam wrażenie, że to za chwilę. A to jeszcze dobra chwila. Gratuluję jej: najwyższa pora, jak by to powiedziała moja babcia.

III   Później jadę autobusem. Jestem nieszczęśliwa i tak mi z tym głupio... Za szybą widzę wciąż żółto-niebieskie kompozycje - banery, reklamy, tablice informacyjne, ubrania, ciężarówki. To chyba najpopularniejsze, najbardziej oczywiste i oczojebne zestawienie kolorystyczne. O to nie mam do świata żalu. Ale przecież pojawiają się też słowa. A to nazwa miejscowości, a to imię. Czy nie byłoby bardziej miłosiernie ze strony świata, gdyby zostawił mnie w spokoju? Nie męczył? Nie narzucał się swoją wizualnością i ciągiem znaczeń? Trzeba mnie dobić? Dlaczego? Podobno miał być miłosierny. Ani w tę, ani w tamtą.

IV   Nic mnie nie cieszy, gdy szybkim krokiem idę z miejsca na miejsce. Myślę sobie, że okej, może to obiektywnie jest najlepszy czas na znalezienie sobie pary i ustanowienie nowego etapu życia, ale co z tego, że bardzo tego chcesz? Przecież jesteś taka nieporadna... I co że chciałabyś tego, co się standardowo powinno teraz potoczyć? Naprawdę myślisz, że poradziłabyś sobie z rolą narzeczonej, żony, pani domu, matki? Naprawdę w to wierzysz? Może niektórzy nie powinni tego dostąpić, by się nie zawieść... No tak, ale ja nawet na tym niższym etapie nie mam możliwości się sprawdzić. Nie mam szans sprawdzić się jako czyjaś dziewczyna. Na tym koło się zamyka. Wszystko to myślę sobie bardzo gorzko. A dalej: dlaczego one wszystkie mają bliskich facetów, ukochanych? Dlaczego są ludzie lepsi i gorsi, czytać: szczęśliwi i samotni. Świadomie upraszczam wszystko, jak leci. Nie jestem sobą. Dlatego, że jestem zakochana, kurwa, nieszczęśliwie.

V  Wracając do domu, zakładam się z samą sobą. Jeśli autobus, do którego muszę się przesiąść, ucieknie mi, to wstąpię do sklepu przy przystanku i kupię sobie coś na pocieszenie. Na co mam ochotę, jakieś krakersy i dopalacz, może jakaś bułka? Po czym trzeźwieję - serio? na pocieszenie, że ktoś jest szczęśliwy? To chore. Udaje mi się przesiąść bez pośpiechu do następnego autobusu. Będąc już prawie pod domem, idę za jakimś małym chłopaczkiem. Na oko podstawówka. Mały chłopaczek, a jednak cała poza, cała jego postać kreowana jest na dużego chłopca. Spora, sportowa kurtka poszerza mu górne partie ciała, które gibią się to w jedną, to w drugą stronę, taki to męski sposób chodzenia. Z zamyślenia moją uwagę wyrywa dobrze znany dźwięk. Chłopaczek zapala papierosa. Niespodziewanie mnie to szokuje i długo za nim patrzę, jak odchodzi. Czuję wciąż ten gorzki posmak.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Jak niżej

Kurwa.

_____
Paradoksalnie w miarę upływu czasu coraz więcej można zamknąć w jednym słowie.

środa, 26 listopada 2014

Nic nierobienie

Jaki miły wieczór. Za oknem zimno jak diabli, a ja zanurzona w moim miękkim fotelu, opatulona ciepłym kocem, przeglądam sobie życiowe porady na Deonie, leniwie pozwalając myślom ważyć ten czy ów światopogląd, a samej tkwiąc sobie w bezpiecznym, zacisznym zawieszeniu. Popijając dopalacza. Czekając aż najdzie mnie ochota kontynuowania pracy nad Społeczeństwem konsumpcyjnym Baudrillarda. W międzyczasie zaglądam na Zalando i BonPrix, szukając sukienek, które sprawią, że poczuję się lepiej w swojej skórze i pocieszą po zawodzie miłosnym. A potem błądzę myślami po zajęciach i przypominam sobie o recenzji, którą mam napisać, dotyczącej publicznej debaty na temat stoickiego stylu życia. I tak sobie czas płynie. Środek tygodnia, godzina ani za wczesna, ani za późna, okolice 19-ej, doskonały czas na nic nierobienie.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Archaïscher Torso Apollos

Poszukałam, znalazłam:

Nie znaliśmy tej jego niesłychanej głowy
i oczu, co w niej dojrzewały. Ale
ten tors jaśnieje jak kandelabr w chwale,
a w nim wzrok jego, tylko uwięziony,

żyje i świeci. Nie mógłby inaczej
łuk piersi cię oślepić, w cichym zwrocie
lędźwi nie mógłby otrzeć się przelotnie
uśmiech o środek, który płodność znaczy.

Inaczej stałby niekształtny, skrócony,
ten kamień z odtrąconymi ramiony
i nie lśniłby jak skóra drapieżnika;

i nie wyrywał się ze swych krawędzi
jak gwiazda: każda kamienia drobina
cię widzi. Musisz swe życie odmienić.

przeł. Andrzej Lam

środa, 19 listopada 2014

Zasady udanego życia

Dystans przygodnego wędrowca i kontemplacja zamiast posiadania.

Kiedy się spotkaliśmy, ty i ja, spotkanie było bardzo krótkie, było niczym. Teraz, kiedy je wspominamy, stało się czymś. Ale wciąż niewiele o nim wiemy. To, czym się stanie, kiedy będę je wspominał, kładąc się, by umrzeć, czym stanie się przez te wszystkie dni od dzisiaj – to jest nasze prawdziwe spotkanie. Tamto jest tylko początkiem.

C.S. Lewis

wtorek, 18 listopada 2014

Święto na co dzień

Poniedziałek, około samego południa. Kościół jeden, drugi. Wieczór i kościół trzeci. Taka mała odyseja. Obserwowałam dziś ludzi. Wszyscy starsi. Jak gdyby wymiar materialny po pewnym czasie stawał się nużący i szukało się czegoś innego, z zupełnie drugiej strony medalu. Albo przyzwyczajenie, albo strach, ale święto.

Takie wyjście z domu podczas emerytury - myślałam sobie - na mszę, bo gdzieżby indziej w moim mieście, tyle tu kościołów, można zwiedzać cały dzień. Liturgia jest świętem, ale świętują ją chyba tylko starsi. Regularne świętowanie. Specjalne wyjście.

W sumie chciałabym tak kiedyś świętować. Gdy już będę miała kogoś na zawsze mojego. Tylko on musi chcieć świętować to bardziej ode mnie, ja nas tam nie zawiodę. To szczęście, gdy mężczyzna wiedzie gdzieś kobietę. Tam. Jednak moje marzenia były bardzo młodzieńcze, bo takie wyjście do kościoła należałoby jeszcze kontynuować w jakimś lokalnym barze, uraczyć się tam południową kawą i aktualną gazetą, a potem spacerem wrócić do domu na obiad. Popołudniem i wieczorem pracować, czytać, pisać, malować - jak to na emeryturze. Później obejrzeć wiadomości i rozumieć wszystko, przejrzeć wszystkich na wylot.

Kiedy padło módlmy się za..., to ogarniając wzrokiem zgromadzone kobiety opatulone szalikami, kurtkami, z beretami i kapeluszami na siwych głowach, pomyślałam sobie, że one wszystkie, te kobiety, są już tak przyzwyczajone do troski o innych, do służenia, że i tu, gdy nie pozostało im już nic w tej trochę materialnej sferze, stają się opiekunkami świata, że gdy słyszą wołanie módlmy się, to na pewno w swoich sercach z troską przywołują obraz tego, za kogo trzeba się modlić, mniej lub bardziej bezinteresownie, pewnie jakimś takim odruchem naturalnym, matczynym, wrodzonym, jakby wszystkie kobiety były matkami tego świata, a potem przeistaczały się w anioły.

Pompatyczne miałam tam myśli. Ale generalnie my, młodzi, myślimy jednak głównie o sobie.

sobota, 15 listopada 2014

Po czym poznać, że ludzie się kochają

Słyszeliście ton ich głosu? Niższe rejestry, ciepła barwa, wolniejsze tempo.

Często mają podobny rysunek twarzy. A dalej maluje się cała skala radości, od błogiej pogody przez półuśmiech aż po szeroki wyszczerz.

Podejrzewam, że odpowiadają twierdząco na trzy ważne pytania.
Czy wzajemnie się szanują.
Czy jedno sprawia, że drugie chce być lepsze i vice versa.
Czy gdyby jedno za lat dwadzieścia miało wciąż być takie samo, to drugie wciąż by go chciało i w drugą stronę.

Są, a przynajmniej powinni być, przynajmniej tak się dzieje w moim małym świecie - kobietą i mężczyzną. Reszta ludzkości tylko czeka, by sobie z nich zakpić, produkując masę stereotypów. Bo jak wiadomo, kobieta i mężczyzna różnią się od siebie we wszystkim prócz jednego - zarówno oni, jak i one, lubią komplikować. Nie wnikam kto bardziej. Wiadomo. Mimo to, jeśli ludzie się kochają, to mają gdzieś pieprzone stereotypy.
 
Wreszcie - jest ci z nimi dobrze. Miło się z nimi spędza czas. Wcale nie jest tak, że oni okazują sobie czułości, a ty odczuwasz skrępowanie czy inne negatywne uczucia. No, chyba że z tobą coś nie tak, na przykład sam nie masz nikogo do pary.

piątek, 14 listopada 2014

Niejedzenie, sen i żal

Rano nie wstaję z odpowiednim zapasem czasu, by w spokoju się przygotować do wyjścia. Jak wiadomo, kobieta potrzebuje na to dobrej chwili. W pośpiechu wypijam mały kubek soku, w gorszym razie kubeczek jakiegoś gazowanego napoju, choć zdarza się, że uda mi się zaparzyć kawę. Do tego kawałek suchej bułki czy kromka chleba przykryta plastrem sera lub szynki. Śniadanie jest więc tylko z zasady, byle było, by oszukać trochę mózg. Potem jakaś kawa z automatu, może z dodatkiem czegoś słodkiego, może więc cappuccino czekoladowe, a do tego jakaś sucha drożdżówka przegryziona w pośpiechu. Dzień mija. Wracam do domu. Jakieś dwie kanapki. Kawa lub herbata, potem wieczorna herbata, potem drugi kubek wieczornej i wreszcie nocna szklanka herbaty.

Ze snem bywa jeszcze dziwniej. Mogę spać kilkanaście godzin, mogę wstać po kilku. Często nie potrafię zasnąć do rana, słucham wtedy muzyki przez słuchawki i smucę się. Kiedy noc odbiera rzeczom kolory, znika gdzieś nadmiar bodźców i człowiek zostaje sam na sam ze swymi emocjami. Gdybyśmy mogli krzyczeć w nocy, byłyby to nasze najgłośniejsze wołania.

Wśród i wobec ludzi wszystko jest w porządku. Są najpotężniejszym bodźcem odwracającym moją uwagę od tego, co mnie boli. Jednak gdy tylko mam okazję, zbaczam na tory prowadzące ku smutnym myślom.

Najbardziej nie potrafię wybaczyć światu tego, że dał mi jeden konkretny znak: w dniu symbolizującym najpełniej Jego osobę, w miejscu, które w moich oczach związane jest z prawdą i z nadnaturalnym rozumieniem świata, dostałam - w dodatku od osoby, która jako żywo sama jest jakimś dziwnym znakiem, że istnieje coś więcej - symbol świata, z którego On pochodzi. 

Nie rozumiem, dlaczego tak się stało, po co, w jakim celu.

wtorek, 11 listopada 2014

Poczta Wszechświatowa

Wszechświat obsługuje specyficzny rodzaj poczty, zupełnie niekompatybilny z systemem, który obowiązuje w naszej ludzkiej społeczności. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to wszystko działa tak samo, a jednak u nas wybiera się przesyłkę priorytetową, ekonomiczną, a nawet natychmiastowego maila i ma się względną pewność, że w konkretnym terminie ta wiadomość musi, MUSI, dotrzeć na miejsce.

Tymczasem gdyby się tak zastanowić, to Poczta Wszechświatowa jest jakimś zupełnym absurdem. Zdarza mi się nierzadko korzystać z tego typu usługi i generalnie NIE POLECAM. Po pierwsze, nie wiadomo konkretnie, kto jest adresatem mojej wiadomości. Rozumiem doskonale, że niektórzy lubią pozostawać anonimowi, sama też wolę się przejść do paczkomatu niż odbierać przesyłkę face to face z rąk listonosza czy kuriera. W tym wypadku sytuacja jest jednak przesadą. Dowolność w adresowaniu wiadomości posyłanej we Wszechświat to sprawdzian dla zdrowego rozsądku - niektórzy z frustracji nie zdają tego egzaminu! Ale idąc dalej, bo nie adresat jest tu jednak sednem sprawy (akurat w tym konkretnym wypadku), całe to zażalenie, czy może rozżalenie, spowodowane jest czasem i sposobem dostawy.

Poczta Wszechświatowa powinna wprowadzić system, który pozwoliłby przełożyć czas przesyłki na czas obowiązujący w miejscu, do którego ma ona dotrzeć. Nie można czekać w nieskończoność! Ostatnia moja przesyłka dotarła do mnie - uwaga - po niemalże dwóch i pół roku! Jak się można spodziewać, po takim czasie oczywiście zupełnie już zapomniałam, co i kiedy zamówiłam. Dostawszy przesyłkę, nie zdałam sobie sprawy, że to ta zamówiona sprawa - byłam przekonana, że to jakaś pomyłka (a szczerze mówiąc, miła niespodzianka, myślałam z początku, która jednak okazała się być tak naprawdę przyczyną późniejszych zmartwień). I rzecz jasna, po takim czasie wolałam dostać już coś innego niż niegdysiejsze zamówienie. Zmieniła się sytuacja życiowa i inne prywatne kwestie nawarstwiły się w nieco innym porządku niż przypuszczałam. Wszystko to spowodowało całkiem spory chaos, który do tej pory pozostaje nieuporządkowany, mimo że przesyłkę odebrałam już pięć miesięcy temu! Kursywa powodowana jest oczywiście faktem, że dziś dzień zdaję sobie sprawę dopiero, na którą z moich wiadomości otrzymałam odpowiedź. Na miły Bóg, TAK NIE MOŻNA! Przecież wystarczyło dołączyć małą notatkę z wyjaśnieniem, taki drobiazg w stylu: Szanowna Pani, oto odpowiedź na Pani zapytanie/prośbę skierowaną do mnie/nas wtedy a wtedy. Niby prosto, a jednak nadawca Poczty Wszechświatowej nie wpadł jeszcze na takie udogodnienie.

Podsumowując krótko, odkrywszy tę nieprzyjemną pomyłkę (tak, w moich oczach odpowiedź na wiadomość sprzed dwóch lat, gdy w moim życiu nie dzieje się znowu tak mało, jest niewątpliwie pomyłką), pomyślałam od razu, że problemem Poczty Wszechświata jest brak wyboru sposobu dostawy, że dysponują tam tylko opcją list ekonomiczny, i pomyślałam też, że co to by było za udogodnienie, gdyby wynajęli kuriera! Po zastanowieniu dochodzę jednak do wniosku, że problem leży głębiej. Nie do mnie należy na szczęście rozwiązywanie tegoż, pragnę wskazać tylko na pewne, liczne (sic!) niedoskonałości systemu.

______
Notatka wyjaśniająca:
To jest dokładnie to, o czym myślałyśmy piątkowego przedpołudnia dn. 7.11.14 r., siedząc z P. na jednej z ławek tylnej alejki parku miejskiego, po tym, jak panowie Strażnicy Miejscy oddalili się z ławki sąsiadującej z tą, której z ich powodu nie wybrałyśmy, a tym, jak - zdaje się - zaczął kropić deszcz-niedeszcz pośród spadających z drzew liści. Było też sporo małych robaków w naszych włosach, o zgrozo. Może P. wspomni kiedyś na to, gdy również napotka na przeszkody w posługiwaniu się Pocztą Wszechświata, czego jej i wszystkim innym użytkownikom Poczty oczywiście z całego serca NIE ŻYCZĘ.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Samospełniacz

Powiadam wam, kochani, za starych, dobrych czasów - jeśli tylko uruchomiło się wszystkie trybiki wyobraźni - opowieści zamieniały się w rzeczywistość. 


W pomieszczeniu było jasno i ciepło. Wybrali stolik przy dużym oknie. Widok zapierał dech i zmuszał do pokornego zamyślenia. Pierwsze dziesięć minut spoglądania na targane wiatrem morze uczcili więc milczeniem. Potem podano im kawę. Dobrze znany aromat i ciepło przenikające dłonie, którymi ujęła filiżankę, przyjemnie kontrastowały z ostrym, porywistym spektaklem rozgrywającym się za upstrzoną kroplami deszczu szybą. Przymknęła na chwilę powieki, skupiając całą uwagę na tych dwóch doznaniach. W tle czuła jeszcze delikatne ruchy jego nogi  podrygującej w takt pod stołem.

Podobała mu się ta piosenka, żywa i wesoła - tak właśnie się teraz czuł. I choć obserwując daremne wysiłki mew walczących z silnymi podmuchami wiatru, nazbyt szybko i jasno uświadamiał sobie porównanie z tym, co niewidzialne siły tego świata czynią z człowiekiem, nie tracił pogody ducha. Może jest ktoś ponad nami, kto wie, cóż to nie pozwala nam niekiedy rozłożyć skrzydeł i lecieć tak lekko, jak byśmy chcieli. Może dla tego kogoś to tak oczywiste jak dla nas wiatr powstrzymujący mewy. Może ten ktoś, patrząc na nas z politowaniem, dochodzi do podobnego wniosku, że nie warto walczyć ponad siły, że należy przeczekać...

Między kolejnymi myślami dochodziły go jeszcze strzępki rozmów innych obecnych w barze. Nad wszystkim panował. Rozsiadł się wygodniej na krześle, zapalił papierosa, wyciągnął nogi. Przeniósł spojrzenie na nią, gdy również się poruszyła.

- Jak się teraz czujesz? - Zapytał, a ona uśmiechnęła się ciepło, wyciągając rękę w kierunku jego twarzy i gładząc palcami policzek. Potem nachyliła się i szepnęła mu do ucha. - Bezpiecznie. - Oparła głowę na jego ramieniu. - Niech tak zostanie. - On pocałował ją w czoło. - Zostanie - obiecał.

wtorek, 4 listopada 2014

Sen o krowach, koniu oraz Indianinie

Miałam wysoce symboliczny sen ostatniej nocy.

Powoziłam dorożką, jadąc z siostrą przez ładne, nasłonecznione, zielone wzgórza, upstrzone gdzieniegdzie krzewem czy drzewkiem. Niecierpliwiłam się, gdyż wóz zaprzęgnięty był w tłuste, leniwe krowy zamiast konia, ciągnęłyśmy się więc godzinami. Wtem nad strumieniem dojrzałam Indianina Tańczącą Chmurę, którego skądinąd dobrze w tym śnie znałam. Wymieniwszy się pozdrowieniami, zagadałam doń, czyby może nie chciał dobić targu i wymienić swego konia na dwie dorodne krowy. Tańcząca Chmura, którego szyję zdobił niezwykły naszyjnik, swego rodzaju łapacz snów, ale uformowany z nawleczonych na nić przejrzystych kamieni (może z kryształu górskiego), nie zareagował entuzjastycznie, wręcz odwrotnie - miotał się i wymigiwał, nie chcąc mi chyba sprawić przykrości otwartą odmową. Ostatecznie na taki układ się nie zgodził, nie dostałam upragnionego konia, moje krowy pasły się na łące, wóz zupełnie już stanął w miejscu i tyle z tego było.

Pozwalając sobie na autoanalizę, mogę stwierdzić z jako taką pewnością jedynie, że krowy symbolizują dobrobyt i bogactwo (pamiętamy biblijną przypowieść o krowach chudych i tłustych), co koresponduje też z wolnym tempem jazdy i łagodny, sielankowy krajobraz. Jest to względne odbicie stanu, w jakim się obecnie znajduję. Jednak taka jazda staje się szybko nużąca i chce się przyspieszyć. Możliwością jest wymiana krów na konia. Dynamiczny koń symbolizuje często namiętności i pożądanie (pamiętamy np. obraz Podkowińskiego, Szał uniesień). Oczywiste jest zatem, że we śnie jestem gotowa wymienić wygody życia na ekscytującą przygodę.

Niepewność natomiast dopada mnie w momencie, gdy myślę o Indianinie Tańczącej Chmurze. Ta niezwykle lubiana przeze mnie postać pochodzi z serialu Dr Quinn. Odkąd pamiętam, dzięki temu serialowi jak i disneyowskiej Pocahontas żywiłam wobec Indian wielki szacunek i podziw (o dziwo, w przeciwieństwie do rdzennej ludności innych kontynentów niż Ameryka Północna, ale to tylko pokazuje, że jestem dzieckiem kultury masowej swoich czasów). Nasuwa się zaraz skojarzenie, że ów Indianin mógł stanowić dla mnie swoistego stróża, duchowego przewodnika, która to figura dość często pojawia się w naszych snach pod postacią autorytetów wszelkiej maści. Jednak wydaje się, że nic z tych rzeczy. Tańcząca Chmura, gdyby był tu autorytetem, powiedziałby jasno: nie oddam ci mojego konia, nawet za dwie krowy, basta. Tymczasem mam wrażenie, że był słaby, mało asertywny, niemęski, mówił bowiem: nie za bardzo chciałbym się wymienić, te krowy to nie, nie, może innym razem, raczej się nie chcę z koniem jeszcze rozstawać etc. I teraz przychodzi mi na myśl, że nie potrafił otwarcie odmówić zupełnie tak jak ja - zamiast porządnie przerwać tę dziecinadę, wycofywał się i kręcił. Oj tak. Możliwe więc, że stanowił moje alter ego, to bardziej indiańskie, co znaczy: rozwinięte, uduchowione, na wyższym poziomie wtajemniczenia, więcej widzące. I ono to nie chciało mi pozwolić na konia. Co oczywiście tłumaczy się jako, że nie chciało pozwolić mi na jakieś irracjonalne szaleństwa, które zakłóciłyby niezmącony spokój mojej nudnej egzystencji. Indiańskie serce znad strumienia uważało, że dobrze jest, jak jest, bez szaleństw, gdy panta rhei mozolnie. Stoik we mnie się zgadza. Spokój i racjonalność zapewniają porządek, zaś porządek - poczucie bezpieczeństwa.

Tylko że krowy poszły paść się na łąkę, wóz się nieco rozklekotał i nigdzie już więcej nie pojechaliśmy.

niedziela, 2 listopada 2014

Dlaczego faceci mówią o tęczy?

Coraz wyraźniej to widzę: dwie niesamowicie analogiczne sytuacje - druga połowa szkoły średniej, druga połowa studiów - dwóch chłopców. Na pierwszy rzut oka (i kolejny, i kolejny) zupełnie się od siebie różnili, inna szerokość geograficzna, inna kultura, inne warunki życia, zupełnie różne, jak by się zdawało, typy osobowości. Ale nie mogli być aż tak do siebie niepodobni, skoro w pewnym momencie czułam już, że rozmawiając z jednym, jestem tą osobą, którą byłam, rozmawiając z drugim - te same słowa, a bardziej odczucia, przy czym nie chodzi o to, że obydwu w jakiś sposób... miłowałam, a raczej, że stosowałam do obydwu, choć w różnym czasie, ten sam wzorzec zachowania. Czasem tak bywa i w bardziej prozaicznych sytuacjach, są pary ludzi do siebie tak podobnych w naszych oczach, że traktuje się ich tak samo - narzucają tę samą gębę, by tak rzec. To jeden z tych dziwnych mechanizmów, który upośledza moje życie.

W każdym razie - w pewnym momencie zlali mi się w jedno, archetyp chłopca, w którym jestem zakochana. Obydwoje mówili o tęczy i do tej pory nie wiem, czy to jakiś uniwersalny trik na podryw dziewczyny, czy naprawdę uchowała się w nich jakaś taka dziecięca wrażliwość na świat przyrody. Co ciekawe, jeśli to był jednak taki tani chwyt, to jednak mało skuteczny - tęcza kojarzy mi się raczej z gejostwem. (Co prawda, jest tam jakaś różnica w ilości kolorów, ale kogo to obchodzi.)

Za pierwszym razem, z tego, co pamiętam, nic na tę głupią tęczę nie powiedziałam, zaś już za drugim rzuciłam szczerze, z którym placem, w którym pięknym mieście naszego kraju mi się kojarzy. Nie wiedział, o co chodzi, ale i miał prawo nie wiedzieć. Uśmiechnął się tylko.  
- To i tak nie zmieni tego, że lubię tęczę.
Zaciągnął się papierosem. Dalej się uśmiechał. Oczami. (Wciąż o nim myślę.)


Podsumowując jałowo: dwa razy to samo. Jak to się mogło stać? Tak bardzo tego nie rozumiem.

wtorek, 7 października 2014

Zwięźle o porażce

Zauważyłam, że gdy coś mi wybitnie nie pójdzie (wyrżnę się na ulicy, przeżyję ogromny zawód miłosny, zbiję szklankę etc.), to całość uczuć, jakie mi przy tym towarzyszą, można zamknąć w takim przeciągłym, pełnym mieszaniny żalu, zażenowania i wyrzutu do siebie i świata zawołaniu: choleraaaaa, nieeeee!

niedziela, 5 października 2014

Stan, do którego jeszcze zatęsknię

Czuję, że znów staję się człowiekiem, od którego zależy, gdzie się znajdzie. Odważam się na marzenia. Zastanawia mnie tylko, czy ma to związek z odsunięciem się od świata - w samotni, bez porównywania, łatwiej jest usłyszeć swój wewnętrzny głos, wyzwolić się ze schematów i zależności, podważyć oczywistości, łatwiej uwierzyć w siebie. Nie spotykać się z obcością, którą umysł przerabia z automatu na wrogość (co jest absolutnie bezsensowne). Medytacja pozwoliła mi dostrzec, jak małe są sprawy, które determinują ostatni czas, pozwoliła mi się wznieść i spojrzeć na wszystko z góry, jak gdyby wyjść z poszczególnych folderów i patrzeć na ich skatalogowany rząd. Jakże bym chciała zachować na zawsze ten dystans, który odczuwam teraz względem wszystkiego, o co wczoraj się obawiałam. Jest tak, bo póki co znajduję się teraz myślami bardzo daleko. Dystans taki niekiedy pojawia się, gdy jestem bardzo zmęczona lub pijana, ale pod postacią pokrewnego tumiwisizmu.

A jednocześnie mam oczywiście świadomość, że to wcale nie zależy ode mnie, że jest taki dobry czas, bo, jak ktoś kiedyś zauważył, nasze bycie jest sinusoidalne, raz na wozie, raz pod wozem. Są takie i takie czasy. Nie mam pojęcia, czy to gwiazdy dały mi chwilę wytchnienia, czy spokojna modlitwa, czyjaś wyłączna opieka, czy poczucie nieobecności w świecie, czy to moja wewnętrzna zasługa, czy działa w ten sposób rezygnacja, czy zapatrzenie w fikcyjne historie (manipulacja), czy poczucie, że coś robię dla siebie, że to może przynieść efekty, czy... wszystko razem. Tak czy siak nie mam żadnej kontroli, ale jednak czuję, że mogę wiele. Jednocześnie zaległe obowiązki hamują mój jesienny entuzjazm, więc pierwszy raz w życiu może nie zawalę się nowymi przedsięwzięciami.

Dziś jest tak rzewnie. Słucham starych, trzeszczących nagrań, których słuchali pewnie za młodu moi dziadkowie. Kobiety śpiewały manierą Hanki Ordonówny, pamiętam, słyszałam. Czuję, że wszystko da się pogodzić i choć ciężko zabrać się za trudne zadania, wiem, że to wykonalne i że to droga, która prowadzi tak daleko jak stąd za ocean. Te stare nagrania należą do wszystkich jesieni, w których jestem. I wierzę, że wszystkie strony mojego małego światka mogą zostać magicznie zespolone: że Mistrz mój jest na tyle dobry, że zrozumie moją słabość, że poprowadzi mnie w dobrym kierunku (a ufam mu zupełnie), że Chłopiec ze wschodu to nie tylko chwilowy ratunek od nicości, ale i łódź, i kotwica (bo kto to widział, by chwila z kimś przeformułowała całą wizję świata, przyszłości, siebie), że wszystkie ważne osoby będą niewyczerpalnym budulcem potężnego gmachu - mnie.


Jest w tym wszystkim coś upojnego. Coś, co nie pozwala myśleć w sposób uporządkowany, ale i wracać do słów narosłych już na ekranie w celu poprawek. Jest coś, co uwalnia potok świadomości. A co popłynęło, nie wróci - nie wraca się, jeśli chce się zachować porządek rzeczy.

poniedziałek, 22 września 2014

Moja wizja świata

Nie lubię być związana sztywnym zestawem reguł. Żadnym zestawem. Zawsze chce się wtedy zrobić coś, co jest z owymi regułami sprzeczne, choćby ot, dla (innej) zasady. Nie znoszę, gdy ktoś próbuje mnie zakotwiczyć w jednym światopoglądzie i spętać normami obowiązującymi wszystkich wyznawców. Zwłaszcza bezsensowne wydaje się to wtedy, gdy zwornikiem takiego światopoglądu jest coś, o czym przeciętny wyznawca zupełnie nie ma pojęcia. Racjonalnego pojęcia czy w formie objawienia, jakiegokolwiek. Te wszystkie późniejsze gadki-szmatki o otwieraniu się na niepożądane, sprzeczne z wyznaniem działanie... to zasiane ziarno niepewności, którego nijak nie da się wyjaśnić, zrozumieć, poczuć, domyślić... Jest jak skalanie naszego pięknego świata.

Dla mnie idealny świat jest ulepiony ze wspomnień - mieszaniny przeczytanych książek o odwadze, sile, miłości i czarach, obejrzanych bajek i historyzujących seriali lat dziewięćdziesiątych, wyobrażeń o mojej książce opowiadającej o grupie szlachetnych średniowiecznych wojowników-pielgrzymów. To świat, w którym mimo radykalnych sił (dobro-zło) kreowanych głównie przez samych ludzi, można pozostawać w bezpiecznej sferze uczciwości wobec siebie i świata, w obszarze złotego środka. Świat, który nie jest ani zły, ani dobry dla nas, który po prostu istnieje obok i w zależności od tego, jak kształtujemy swą wrażliwość - istnieje również w nas samych. Świat, który komunikuje się z człowiekiem, jeśli ten nastawi ucha lub wytęży wzrok. Świat posiadający w sobie ogromną siłę, energię, wewnętrzne jądro, z którego pochodzi siła. Skończony, ale jawiący się jako nieograniczony. To nie tak, że Boga tu nie ma. Wręcz odwrotnie, jest wszędzie, chociaż nie jest synonimem świata.

Zatem nie dajmy się zwariować, chce mi się apelować w głos zawsze, gdy stykam się z wyznawcą zbyt sztywnego kanonu reguł. Uważam, że świat przemawia na wiele sposobów, a by wzrastać i stać się w pełni godnym tej ziemi człowiekiem, nie należy tracić wzorku i słuchu wobec przejawów, które budzą w nas lęk, niepewność, podejrzenie. Jeśli nie wiesz, jak wygląda krzesło, możesz wziąć je za zwyrodniałego psa, choć dla wiedzącego będzie to oczywisty absurd. Nie musisz od razu siadać na tym krześle, może być przecież uszkodzone. Jeśli nigdy krzesła nie widziałeś na oczy, możesz nie przypuszczać, że trzy nogi to niewystarczająco, by utrzymać twój ciężar. Grunt to być ostrożnym, utrzymać równowagę. Ust świata jest wiele i kto ma uszy, niech słucha - jeśli jest odważny.

niedziela, 14 września 2014

Bezsilność

Dom i zagroda wysprzątane na błysk: żadnej warstwy kurzu, ubrania poskładane w kostkę, po dawnym burdelu na dnie szafy ani śladu, skarpetki zwinięte w parach, rozdzielone na te cieplejsze i te na teraz, książki znów poprzestawiane, układ kolorystyczny okazał się zupełnie niefunkcjonalny, więc teraz prezentują się na półkach według tematów, okładki w jedną stronę, tak, by nie przechylać głowy to w prawo, to w lewo, specjalna półka na pozycje jeszcze nieprzeczytane, zakupione gdzieś przy okazyjnej cenie, cała biżuteria posegregowana, przerzedzona, poskładana na specjalnych wieszakach w szafie, zaoszczędzone miejsce w szufladzie przeznaczone na inne duperele pałętające się do tej pory w różnych zakurzonych zakamarkach, martwa część pokoju, pusta ściana, przyozdobiona stymulującymi obrazami pełnymi słońca i zieleni, biurko prostopadle do okna, przodem do drzwi, jednocześnie tak, by nie blokować przepływu energii między drzwiami wejściowymi a balkonowymi.

No i, kurwa, co z tego. Jak widać, życia nie da się zreformować tak łatwo jak przestrzeni. Te wewnętrzne demony zalęgły się chyba gdzieś głębiej, w ścianach czy pod podłogą.

środa, 25 czerwca 2014

100 dni, może mniej

Jestem szalenie zakochana. W tym roku było jednak tak wiele nic nieznaczących początków, że ten również wydaje się zagrożony. Z drugiej strony do tej pory w tych początkach byłam zwyczajnie niekonsekwentna, nie ciągnęłam niczego dalej, bo i po co, skakałam na następny kwiatek. Tym razem chodzi o człowieka. Świetnego człowieka. I tym razem samo życie nas rozdziela. I to na jakieś sto dni, a to tak wiele, tak wiele, tyle się może wydarzyć, tyle bitew można stoczyć, można stać się kimś innym albo zapomnieć.

Jestem też teraz niecierpliwa, popędliwa, chciałabym mieć już wszystko od razu podane. Niedobrze, niedobrze, niedobrze. Nie mogę się na niczym skupić. Tylko bym spała, w ostateczności przypominam sobie o konieczności spożywania posiłków. Ano bo też w ciągu ostatniego tygodnia wypiłam więcej wódki niż w ciągu całego życia łącznie. Nie z tego powodu, ale dni zaczynają mi się od dłuższego czasu zlewać w jedno. Zaczyna się.

niedziela, 1 czerwca 2014

Ludzie wciąż bezdomni

Gdybyśmy mieli wszyscy wciąż uciekać. Nic by się nie stało. Nawet nie wiedzieć przed czym. Zastanawiać się tylko chwilę, ale nie dopuszczać myśli, czując na plecach podmuch zagrożenia. Jak tu się jednak zatrzymać. Jak się odważyć zatrzymać. Jak, jakże? Byłoby tak łatwo i tak trudno, byłoby tak miło. Po ciele rozchodzi się żywa fala jak błysk, jak wstrząs elektryczny. Po czym łamiący się głos sięga po ostatnie oręże słów. Boże, nie. Nie.

Marzenie. Irracjonalna tęsknota. Nie wiedzieć do czego ani tym bardziej dlaczego. Tyle tylko, że samemu idzie się, jakby wśród mgieł złudzenia. Moczary i błotnista ziemia. Koń, który poddał się tym bezmyślnym lękom, zginął, a jego młody pan objął się ramionami i skulony pogrążył w bezdennym smutku. Chwilami - tak, jakbym na zawsze tam została, gdy on jednak odszedł ratować swój świat.

I jeszcze dobrze znane uczucie. Naprzeciw mnie ktoś nowy, ale ja czuję, że z kimś było tak samo. Jestem jak gdyby z tamtej relacji. Czy kiedykolwiek bywam prawdziwa? Z czego zbudowano ten mur, do którego różni ludzie z taką łatwością mogą mnie przyprzeć? Mówiłam, że bywam, ale nie jestem. Ale widziałam sama, jak mowa ciała mnie zdradzała. Rzuć wszystko, brzmiało niewypowiedziane polecenie, rzuć i poczuj. Z drugiej strony widniał wielki ciężar. Pomyślałam, że to nie będę jednak ja.

Teraz, z każdym upadającym jak kropla dźwiękiem Clair de lune, żal wciąż wypełnia stos naczyń, a w każdym z nich można odnaleźć swoje odbicie. Ale tak już musi być.

środa, 23 kwietnia 2014

Bieszczady

No, słuchajcie, jestem tu. Gapię się na zieleniejące drzewa, stawiam krok za krokiem w wygodnych butach, a do tego słucham ćwierkania ptaków i nie myślę o niczym szczególnym. Przyjemnie się mija także stare, wiejskie chatki - dziwna nostalgia, tak na to patrzeć. Poza tym na koronie tamy na Solinie można poszukiwać najdogodniejszego miejsca do samobójczego skoku, jednak w tak sprzyjających warunkach przyrodniczych naprawdę trzeba być silnie zmotywowanym. Może dlatego większość nieszczęśliwców skaczących w dół tamy na twardy beton pochodzi właśnie stąd i z okolic. Gdyby przyjechali tu z daleka, zachwyciliby się. Głupio jest nawet pisać, że natura tutaj jest piękna. Wystarczy tylko patrzeć na nią i ten zachwyt odczuwać. Do tego absolutnie nie potrzeba używać marnych słów. Słowa na wietrze nie mają zresztą żadnego znaczenia.

piątek, 18 kwietnia 2014

Królestwo chaosu

Pisanie tutaj w oczywisty sposób zastępowało mi - sorry: zastępuje, zabrzmiało to jak nieoczekiwany epilog - jakąś formę wieczornej medytacji, modlitwy, wyciszenia, wyrzucenia z siebie nadmiaru myśli. Ostatnimi czasy, rekolekcje i tak dalej, próbowałam jednak, zamykając dzień, znów posługiwać się modlitwą. No, nieważne. Ale gdzie to się nie wędrowało myślami w tym roku! Zapanowało królestwo chaosu. Tak to jest, gdy działamy wbrew sobie, na przykład próbujemy przekonać się, że coś jest dla nas najlepsze, mimo że wcale tego nie czujemy. Cóż, nieistotne. Ale gdy się zabłądzi w wielkim, mrocznym lesie zbyt daleko - a jak wiemy, dróżkę jest zgubić nadspodziewanie łatwo - to tym trudniej się wydostać, chyba że po drzewach do góry. No więc tak próbowałam. Rzeczywiście, ten las był wielce trafną metaforą, bo i człowiek świruje, poddając się iluzjom, i brak mu powietrza, i czyha nań realne niebezpieczeństwo.

A tak już serio. Chciałabym znów siedzieć na skrzypiącym krześle, podjadać czekoladę z bakaliami i gapić się na ten mroczny las na ekranie. To oznacza, że chciałabym cofnąć czas o kilka miesięcy. Żeby niektóre rzeczy się nie wydarzyły, żeby wydarzyło się coś innego, żeby uniknąć niektórych ciosów i ogólnie wyczuć na czas niebezpieczeństwo, ale przede wszystkim po to, by skrępować hasające myśli i nie dać im się porwać gdzieś, skąd ciężko jest wrócić i być tą samą osobą co wcześniej. Z drugiej strony to naturalne, że się zmieniamy... Nieważne, nieważne. Źle mi, bo tak bardzo oddaliłam się od wspaniałego człowieka, który był mi remedium w momencie, gdy stwierdziłam, że nie wiem, gdzie iść. W cudowny sposób odmienił mi wtedy optykę. Zawdzięczałam mu odżycie, a to tuż zaraz za życiem, to coś bardzo ważnego. Powiedziałam kiedyś, że przewodnik, ale chodziło o kogoś więcej. Przewodnik tylko wskazuje drogę, można za nim podążać, ale sam może być kimś zupełnie przypadkowym, przeciętnym, nieważnym, nie musi stać się z miejsca wzorem. Kurde. To wszystko moja wina. Tak wszystko spieprzyć, pozwolić sobie dać w kość, bezwiednie dać się wykiwać. Żałosne, najżałośniejsze. A to akurat było cholernie ważne.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Wspomnienie

Niełatwo się mówi o religii. Zwłaszcza popijając dopiero pierwsze piwo, popalając te wyniszczające fajki w pomieszczeniu zduszonym dymem i zagłuszonym przez głośną muzykę, zerkając do tego na zegarek w oczekiwaniu na jakiś satanistyczny koncert. I nawet nie idzie o mówienie o religii, bo bardziej chodzi o mówienie o wierze. Ale o tym też się tak średnio da. Jest większy spokój, nie ma wiecznego strachu, że słowa pospadają z półki, na której się siedzi itd. Ale i tak z bezkształtnej masy nie wychodzi żaden konkretny kształt. Słucha się tych strasznych historii i nie ma nawet co na to rzec. Każdy ma swoje problemy, ale niektóre bledną. Przyznam jednak, że irracjonalne oddawanie swoich problemów przynosi ulgę. Pozostaje usilne wołanie gdzieś głęboko, na drugim planie, ukryte pod skórą, o zmiłowanie, o ulgę, gdy się słyszy, jak te historie mogą boleć. Ale co ja mogę?

niedziela, 6 kwietnia 2014

Bezzasadne próby zrozumienia

Płynąca woda przystosowuje swój kształt do koryta rzeki, jej nurt uzależniony jest od ukształtowania terenu, jednak mimo tych zmiennych nic nie oddziałuje na nią na stałe, bo w każdych warunkach potrafi się ostać, naturalnie poddać, jednocześnie nie ulegając, w swej zmienności nie posiadając stałych cech, które w jakiś sposób by ją ograniczały. Myślałam swego czasu, że kimś takim należałoby się stać - kimś w rodzaju wiecznego obserwatora, nigdy do końca niezaangażowanego, przez co niepodatnego na zranienie. Jest tu zapewne echo jakichś dalekowschodnich rozważań, nieważne.

W każdym razie moja religia mówi mi coś zupełnie innego. Trzeba codziennie walczyć, trzeba poświęcać życiu wraz z wszystkimi jego właściwościami sto procent uwagi, wystawiać się na strzały nieprzyjaciela, trzeba iść ciężką drogą krzyżową każdego dnia. To, jak Boga kocham, niewykonalne.

Ja tak naprawdę nie znam swojej religii. Albo wszystko pozapominałam. Słyszałam przez długie lata i długie godziny mnóstwo historii, ich tłumaczenia i interpretacje, zbiory zasad, zbiory przykazań, formuły modlitw - a dzisiaj nic nie pamiętam. Nie wiem, dlaczego nasz Bóg umarł za nas na krzyżu, dlaczego musiał nas odkupić, dlaczego to odkupienie jest tak ważnym elementem, dlaczego nie mogło być inaczej, nie można było o tym zapomnieć, zmienić zasad wielkiej gry, porzucić wszystko w niepamięć itd. Chętnie odpowiedziałabym sobie na pytanie, dlaczego tego wszystkiego, co działo się około początku naszej ery i wcześniej, nie potrafię rozpatrywać jako historii, a traktuję jako wyłącznie mit, legendę. Nie inaczej. A jak wiadomo, rzadko kiedy bywają one prawdziwe. Jestem więc na wskroś nowoczesnym niedowiarkiem.

Chciałabym jakoś inaczej. Co zrobić? Nauczyć się Biblii na pamięć? Ale co z tego. No właśnie.

czwartek, 3 kwietnia 2014

Hen!

Jadłam dziś trochę zbite penne z ostrym sosem vodka i ze szczyptą sera z wierzchu. Siedziałam po turecku na ławce za centrum handlowym. Ktoś z tyłu palił, a dym i ciepłe powietrze w połączeniu ze smakiem makaronu i pomidorów przypominały mi rzymski długi weekend.

Podoba mi się chłopiec z Ukrainy.

Ostatnimi czasy odrzuciłam pewien wewnętrzny imperatyw, który z góry określał mi najbliższe kilka lat, zakotwiczając mnie na dobre w moim mieście. Okazało się, że można o przyszłości myśleć inaczej, rozsupłując ciasny węzeł niegdysiejszych postanowień. Co więcej, okazało się to całkiem ożywcze.

środa, 2 kwietnia 2014

Wypalanie

Z drugiej strony jestem w dziewiątym roku numerologicznym i wszystko mi się w tym roku kończy, więc i nie warto zaczynać niczego konkretnego - powiedziałam, patrząc na nieśmiało różowe pączki kwiatów, które pomęczą się na tym świecie li tylko kilka tygodni. Potem zaciągnęłam się zachłannie papierosem, tak, jak zawsze lubiłam o tym czytać, trochę romantycznie, trochę teatralnie, bo i myśli były nieco poetyckie w swym domniemanym tragizmie. Za chwilę dodałam, uściślając: powoli wypalają się uczucia, które przed chwilą, czyli przed wrześniem, były jeszcze szalenie silne, a jeśli coś mi wpada w ręce, a wiele mi wpada, bo przy niczym nie mogę się dłużej zatrzymać, to niezwykle szybko przychodzi mi to porzucić.

To wszystko prawda, niestety. Nawet moje tajemnice powoli przestają się mnie trzymać. To, że mam długi język, to jedno - ale tylko dla przyjaciół. W sumie gdyby nie oni... to pewnie dni stałyby się nocami. Boże, jak znaleźć lekarstwo, które byłoby środkiem doraźnym o działaniu długotrwałej, intensywnej terapii?

wtorek, 1 kwietnia 2014

Czekam

Oto otwieram wasze groby i wydobywam was z grobów, ludu mój, i wiodę was do kraju Izraela, i poznacie, że Ja jestem Pan, gdy wasze groby otworzę i z grobów was wydobędę, ludu mój. Udzielę wam mego ducha po to, byście ożyli, i powiodę was do kraju waszego, i poznacie, że Ja, Pan, to powiedziałem i wykonam.
W trudne dni czeka się bardzo na taką obietnicę. Zwłaszcza od kogoś zaufanego. Gdy już nie ma wyboru, to właśnie - czeka się.

poniedziałek, 31 marca 2014

Dzisiaj to wczoraj godzinę temu

Oj, Jezus Maryja, co to wczoraj było! Ciężko stwierdzić, gdzie wczoraj się zaczęło, mam wręcz wrażenie, że wczoraj to jakiś pokaźnej długości tunel, do którego można wołać, wysyłając w eter na przykład jakieś bezzasadne pytania, a potem nasłuchiwać pokracznego echa, które ni to jest wracającą wątpliwością, ni konkretną odpowiedzią. Czasami mimo wszystko z owego tunelu przybywa coś więcej, niźli tylko głuchy pogłos. Bywa, że człowiek. Grunt to chyba zorientować się w czas, że może być to forma odpowiedzi na wykrzyczane pytanie. Jeśli o mnie chodzi, to chyba nie potrafię odpowiednio zinterpretować tych znaków tudzież rozpoznaję je zbyt późno. I tak właśnie mijam się z odpowiedziami.

Jest jeszcze kwestia ogromnego zmęczenia. Unosi się ono w powietrzu jak kłębiaste chmury i krąży wokół głowy: wzrok staje się zamglony, a na rzęsach osiadają ciężkie krople. Zmęczenie wydaje się więc jak gdyby zupełnie zewnętrzne. Jest ciałem obcym zdolnym bezszelestnie związać ręce i nogi, przycisnąć do najbliższej poziomej płaszczyzny i - póki co - nie opuszczać. W tym momencie sprawia, że tak beznamiętnie mi się pisze, jakby wszystkie słowa odfrunęły.

sobota, 29 marca 2014

Typowo bezzasadna myśl

Można powiedzieć na tyle różnych sposobów, jaka przyjemność tkwi w niemyśleniu. Dzisiaj było tak, że z daleka upatrzyłam sobie obraz i szłam ku niemu, w ogóle nie próbując go ogarnąć wzrokiem. Moje spojrzenie padło na pisany ręcznie wyraz na płótnie, złożony z dziwnie spętanej nici, pętelki, zawijasa, aż do końca drogi nieczytelny, niezrozumiały. Do końca też powstrzymywałam się przed próbą poskładania połączonych liter w sensowny wyraz. Jak gdyby nie wystarczyło, że wśród masy obrazów dookoła skupiam się na jednym, nawet jego nie próbując rozszyfrować. Ten tajemniczy wyraz zniósł dzielnie moje uporczywe spojrzenie, po czym skapitulował i przemienił się w znaczenie: ścięcie.

Obrazy panują nad nami niemiłosiernie. Sterują naszymi umysłami, jak im się żywnie podoba.

Tymczasem później podszedł do mnie pewien łysiejący, choć młody jeszcze facet. Cześć, pamiętasz mnie? Skąd, u licha. Nie? Powinnam? No, jak to, grałaś w zespole! Och, tak, tak. I co z tego? Jestem sąsiadem, byłem sąsiadem. Stara historia, wszystko się pozmieniało. Spomiędzy dłoni dolatywał do mnie delikatny zapach cappuccino. Zza szyb zerkała na nas nocna ciemność. Hałas, taki, jakiego się nie zauważa, ale próbuje przekrzyczeć. Taki, który dobrze mi się kojarzy z pamiętnikami pewnej bardzo inteligentnej, przebojowej, kreatywnej kobiety, która wyszła za swojego wykładowcę, a poza tym była lesbijką. Pamiętałam tego faceta. Ale zignorowałam go kiedyś bezczelnie, w sumie trochę ze strachu. No, nie wiem - tak się ludzi nie powinno traktować.

środa, 26 marca 2014

Jedno zdanie

Grałam w internetową układankę tak długo, aż poddałam się mechanicznym, bezrozumnym działaniom i przestałam wiedzieć, na czym owa gra polega, a myśli, wspomnienia i rozmaite imaginacje zaczęły przelewać się strumieniem przez moją głowę jak podczas snu.

wtorek, 25 marca 2014

Z deszczem w tle

Nieustający, miarowy szum deszczu ma na mnie większy wpływ niż kilka lat innej czasoprzestrzeni, zintensyfikowanej, zaplanowanej, poruszającej, dostępnej na dużym ekranie. W filmy wchodzę na, zdawałoby się, małą chwilę i tylko w ten sposób mogę uwolnić się od rytmu, z którym jesteśmy stale sprzężeni. Przeżywam tam różnorakie emocje w najświetniejszy sposób - prawie w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy. Trochę czuję się oszukiwana, manipulowana, przez to słaba, zwłaszcza gdy coś mnie doprowadza do łez i pojawia się ta stanowcza granica plus cichy głos: zachowuj się, ale generalnie poddać się takiej grze, stać się dobrowolnym pionkiem w nudnym, beznamiętnym życiu przeciętnego człowieka to przecież niebywały luksus.

Tymczasem deszcz cichnie za oknem, szum się uspakaja. Nie przestawaj, kap jeszcze głośno i szybko, kap długo, niestrudzenie, gęsto. Taki szum płynącej wody jest niesamowicie uspakajający, zapewnia dziwne poczucie bezpieczeństwa, gdy leży się pod ciepłą kołdrą: tam jest zimno i nieprzyjemnie, ale ja jestem tutaj. Czy dlatego lubimy tak deszcz na zewnątrz?

Wszystko ucichło już prawie zupełnie. Gdzieś w okolicach skroni co chwilę pojawia się jeszcze krótki, przenikliwy ból, stopy trochę marzną przy uchylonym oknie, powieki zaczynają ciążyć. Zbawienny sen tuż za progiem czeka na swoje pięć minut. Koniec myślenia o głupotach, czas odtworzyć całe dzisiaj, a za chwilę współtworzyć ze światem jutro.

poniedziałek, 24 marca 2014

Ręce

Ostatnio ni stąd, ni zowąd spojrzałam na ręce osoby, która wydaje mi się niezwykle silna i zdeterminowana, niesamowicie pewna siebie i wręcz zaborcza. To był zupełny przypadek, bo właściwie podążałam wzrokiem gdzieś indziej. Zatrzymałam się jednak w pół drogi. Te ręce, które miały być duże i mocne, jak sobie intuicyjnie zakładałam - gdyż, szczerze, bywało nawet, że bałam się tej osoby - okazały się zupełnie inne. Małe, trochę nieproporcjonalne, dziwnie gładkie - jak u dziecka. Nieskalane pracą, na pewno zaś nie pracą fizyczną. Przy tym też nie były tak urokliwe jak ręce wyjątkowych artystów czy intelektualistów, oni miewają naprawdę piękne dłonie. Nie. Ręce tej osoby, której nie brak przecież, jak myślałam, pewnej wrażliwości i smaku, przez głowę której zapewne przepłynęło wiele wzniosłych i głębokich myśli - te ręce były zupełnie niepozorne. Były nawet trochę śmieszne czy groteskowe w kontekście całej osoby ich właściciela.

czwartek, 20 marca 2014

Ciężar nieważkości

Ostatnio tak szybko wszystko mija. Wszelkie starania, zabiegi, szereg działań mających prowadzić do jakiegoś celu powoduje tyle poruszenia, tyle szumu, by po chwili odejść w zupełne zapomnienie. Ale nie jest to dziwnie triumfalny moment jak ten w Pompejach. Przede wszystkim wydarzenia gubią swoją chronologię. Średnia wrażeń ze spotkań z ludźmi, wrażeń z obejrzanych filmów, z zasłyszanych wykładów, podsłuchanych rozmów, wrażeń z miejsc pełnych ludzi i hałasu, który miał być czymkolwiek innym, konkretnym - ta średnia jest niejednoznaczna, zmienna, jest błędem w systemie. Cały ten kocioł to misternie ważony lek na momenty samotności, które są chwilami absolutnie demaskującymi mnie, czyli wszystko - i nic.

Człowiek pozostawiony sam sobie, sam dla siebie, sam przed sobą - to człowiek jawiący się sobie w prawdzie. Człowiek nagi, bo nieubrany w relacje. Nagość budzi w nas zawsze trochę wstydu i niepewności, a z drugiej strony fascynuje. Jednak nie można pozostawać nagim nieustannie, bo grozi to przemarznięciem - tak samo samotność dobra jest, jeśli się ją odpowiednio dozuje, zaś na dłuższą metę - ciężko. Czy to w ogóle wykonalne? I czy ciężko jest być bez ludzi, czy ciężko jest być tylko ze sobą? A może to jedno i to samo.

Lubię być sama, jednak coraz trudniej jest mi znieść własną osobę. Po tym, jak straciłam punkt odniesienia (a może nigdy go nie odnalazłam), nie potrafię postawić kropki kończącej zdanie, to znaczy zamknąć coś i przytwierdzić. Nie ma do czego. Myśli łączą się jeszcze jakoś, ale im dalej, tym bardziej odrywają się od gruntu, który może okazać się nagle ścianą, sklepieniem albo tylko nietrwałym obłokiem, chmurą. Tracę wiarę w istnienie spójnego, zamkniętego systemu - a może we własny rozum.

wtorek, 18 marca 2014

Biologia wygrywa

Jednym z głównych pytań, z jakimi się borykam od dłuższego czasu, jest pytanie o świadomość i prawdziwość przeżywania. Okazuje się bowiem, że egzystencjalne zapaści, dekadenckie upadki ducha itd. bywają nie do zniesienia, nie pozwalają funkcjonować wśród ludzi, natomiast w kilka dni później po nich ani śladu. To znaczy, budzę się słonecznego dnia kilkadziesiąt godzin po tym, jak stwierdziłam, że od wszystkiego, czym się zajmuję, powinnam niechybnie uciec na zawsze - i nic. Wstaję, robię swoje, części jak zawsze nie robię, wewnętrzny hałas jest wyciszony, myśli są jasne i poukładane, mogę żyć. Śpię, bo jestem zmęczona, a nie dlatego, że chcę się od czegoś oderwać.

Im większa burza za mną, tym mniej pamiętam, na czym polegała. To jak: im większy ból mnie dopadł, tym mniej potrafię sobie potem wyobrazić to odczucie.

poniedziałek, 17 marca 2014

Poddaję się

Mam już trochę dosyć wiecznej interpretacji. O to się rozchodzi od dobrych kilku miesięcy bezpłodnego oglądania obrazków, czytania wierszyków, słuchania piosenek. Tym właśnie stają się dzieła wszelakie, jeśli nie zaszczycić ich rozumieniem. A jeśli są naprawdę wielkimi dziełami - podejrzewam, że to większość tego, na czym każą mi zawiesić uwagę - to zwyczajnie nie da się ich oglądać, czytać, słuchać. Tu rozumienie jest koniecznością, inaczej trzeba odwrócić wzrok. Inaczej to po prostu boli.

W nocy przeżywa się apogeum bezsilności. Dlaczego tak jest? Przynajmniej słowa jeszcze jako tako się mnie trzymają, niczym wierni przyjaciele. Czucie, rozumienie, wszelkie przejawy wrażliwości jak gdyby odpłynęły. Nic nie wydaje się wystarczająco ważne, by dłużej o tym myśleć. Przez głowę przepływają bezkształtne obrazy, zaćmione, niewyraźne cienie. Poszczególne wątki tego strumienia gubią chronologię. Chaos, bezsens, nic.

- to mówię ja, która żyję naprawdę, jeśli żyję jakąś silną namiętnością.

niedziela, 16 marca 2014

Podrywanie w barze

Znacie Czary mary Goka na wybiegu? Jest to popularne brytyjskie show jakich wiele, w którym prowadzący, jakiś gej-stylista oczywiście, masowo przemienia brzydkie, niemodne, zupełnie pozbawione pewności siebie kobiety w olśniewające, emanujące seksapilem diwy. W każdym odcinku ten sam scenariusz, identyczne momenty niepewności, kilka porażek, a potem wielki triumf. Nie wiem, w której serii Gok kazał im się rozbierać przed kamerą, ale w tej najnowszej występuje stały motyw wyrywania faceta w barze.

sobota, 15 marca 2014

Brak wyobraźni a początki

Jest tyle rzeczy, które mnie przerastają. Właściwie ten krąg chyba ciągle się powiększa.

Gdy się czegoś uczymy - życia, ludzi, języka - z początku stawiamy, jak nam się wydaje, największe kroki. Potem coraz mniejsze i mniejsze, aż w końcu poruszamy się bardzo pomału. W rzeczywistości jednak jest tak, że im dalej na danej ścieżce się znajdujemy, tym wyraźniej widzimy, jak wielki dystans przed nami, droga zaczyna się dłużyć i ciągnąć w nieskończoność. (W istocie, prawdopodobnie żadna z dróg się nie kończy). W ten właśnie sposób:

piątek, 14 marca 2014

Dzieciństwo


Po latach bajki ogląda się inaczej. Wydają się jeszcze piękniejsze.

czwartek, 13 marca 2014

il dolore

Do tej pory było tak, że nagły fizyczny ból skutecznie przesłaniał ten głębszy, ukryty we wnętrzu czaszki, a uciskający klatkę piersiową. Właśnie najzwyklejszy, krótkotrwały, fizyczny ból pozwalał na chwilę, nie mniej trudną, zapomnieć o tym dojmującym, niemal nieustannym.

Gdyby porównać ten wieczny ból do czegoś naturalnego, byłby niewysoką, pustynną roślinką, o lichych gałązkach, niezachwycającym kolorze ani kształcie, prawie niewidoczną ponad ziemią. Za to jej korzenie sięgałyby daleko w dół, rozrośnięte we wszystkich kierunkach w poszukiwaniu pożywienia, wysysające wodę do dna ziemi.

Moje problemy blakną przy problemach innych ludzi. Może dlatego, że sama nie znajduję dla nich też odpowiedniej szaty, która byłaby utkana z właściwych słów. Chyba powinny być najprostsze. Odpowiednie słowa jednak nigdy nie przychodzą na czas, niekiedy nie przychodzą wcale. Czasem ma się wrażenie, że takie słowa w ogóle nie istnieją.

środa, 12 marca 2014

Trzeba nam iść

Nie powinien Pan tedy, drogi Panie Kappus, lękać się, gdy wznosi się przed Panem smutek, tak wielki, jakiego Pan jeszcze nigdy nie widział, kiedy w Pana dłoniach i całym Pańskim działaniu drga niepokój, jak światło i cień chmur. Musi Pan myśleć, że coś się z Panem dzieje, że życie nie zapomniało o Panu, że trzyma Pana w ręku; nie pozwoli Panu upaść. Czemu chce Pan wykluczyć ze swojego życia jakiekolwiek zaniepokojenie, wszelki ból, wszelkie przygnębienie, skoro Pan nie wie, co wypracowują w Panu te stany?
- tak pisał Rilke do zmartwionego, młodego poety w 1904 r. Tonący brzytwy się chwyta. Próbuje pochwycić się czegokolwiek, byle szybciej, byle jeszcze jeden, choćby zduszony, haust powietrza. Może właśnie dlatego rzadko kiedy coś z tego wynika, bo rozprasza tonący swoją uwagę? Z drugiej strony panika nie pozwala mu myśleć racjonalnie, podobnie jak nie pozwala zaufać tylko jednemu rozwiązaniu, jeśli nie widać jego natychmiastowych efektów. A ja: czego szukam? czego oczekuję? czym jest ten niewypowiedziany brak?

wtorek, 11 marca 2014

Książki kontra ludzie

Książki są lepszymi towarzyszami niż ludzie.

Po pierwsze, one nigdy nie atakują, a jeśli nawet próbują, możesz ukrócić ten atak, powiedzieć żegnam i bez żadnego uciekania przez pół miasta lub chociaż za najbliższy róg - zatrzasnąć ją z szelestem kartek i hukiem okładki. Po drugie, Lektura nigdy nie zmienia nas na gorsze. Podczas gdy ludzie mają tendencję do prowadzenia, jeśli się im pozwoli, swych towarzyszy ku dobremu lub ku złemu, Książki wiodą nas po prostu w pewnym kierunku przed siebie, pozostawiając przy tym wiele wolności - są jak wyrozumiali nauczyciele. Wreszcie, ludzie wyśmiewają innych i zapominają o nich. Jeśli nawet czytelnik odnosi wrażenie, że Lektura kpi z jego niewiedzy, niedouczenia, jest to odczucie nieprawdziwe - można się o tym przekonać, wracając do niej po czasie. Poza tym Książka o nas nie zapomina, bywa raczej odwrotnie.

poniedziałek, 10 marca 2014

Być albo nie być

Dziś siedziałam w ciemnych, dusznych salach, próbując wyłowić spojrzeniem jak najwięcej złotego, popołudniowego blasku zza żaluzji. Nie był prawdziwy, stanowił światło odbite od olbrzymiej, szklanej ściany. Stanowił echo wszystkiego, za czym tęskni się tak bardzo po długiej nocy i sporej części dnia zmarnowanej na sen.

Śniły mi się dokładnie te same duszne i ciemne pomieszczenia, które, w przeciwieństwie do rzeczywistości, wypełniał teraz nieznośny hałas Rammsteina. Nieznośny o tyle, że spośród burzy niepokornych dźwięków próbowałam wydobyć słowa mistrza, który swym słabym głosem zmuszony był przekrzykiwać wściekły ton muzyki. Wreszcie się poddał. Okazało się, że to mój telefon dźwięczał. Że był podłączony do ogromnych głośników. Że nie potrafiłam nad nim zapanować. Tak, to była ta cienka granica między snem a jawą, budzik w telefonie przedostał się przez zamknięte powieki gdzieś daleko we mnie, przywdziewając szatę adekwatną do odgrywanej właśnie sztuki.

W każdym razie wciąż nałogowo sprawdzam maila w telefonie. Mistrz nie odpisuje.

+

Chciałabym bardzo znaleźć się w jakimś ciepłym miejscu, gdzie widać szeroki horyzont. Usiąść na skraju drogi na źdźble trawy, oprzeć się plecami o przydrożny, stary płot i wyciągnąć nogi. Mieć to niegasnące poczucie, że tą drogą w przeciągu kilku godzin nie przejdzie żywa dusza - i cieszyć się z tego! Wiedzieć, że nikt na mnie nie czeka, że nikt niczego teraz ode mnie nie chce, że to, ile będę tak siedzieć, zanurzając dłonie w trawie, zależy tylko ode mnie. Potem upić łyk chłodnej, niegazowanej wody i wybuchnąć głośnym śmiechem.

niedziela, 9 marca 2014

Garść sentymentów

Patrzcie państwo, nie potrafię pisać! Od dłuższego już czasu wygląda to tak, że siadam przed monitorem i (bardziej niż przed pustą kartką) nastaje w mojej przestrzeni wyobraźni cicha pustka. Może zmienię więc piosenkę, może wyciszę muzykę, może wezmę coś do picia, może... może napiszę później. Kiedyś było inaczej. Gdy w wieku trzynastu lat napisałam swą pierwszą i ostatnią powieść, polegało to na bardzo regularnym, bo codziennym, wieczornym zapełnianiu dwóch stron Worda.

Ale każdy akt tworzenia wynika z miłości. Wtedy też tak było - cokolwiek w sumie z tego wyszło, pisanie przychodziło mi z łatwością, bo był to swoisty kanał, którym przedostawało się do rzeczywistości uczucie.

Dziś jestem trochę z uczuć wyzuta. Nie potrafię tak entuzjastycznie, jak bym tego chciała, przeżywać muzyki, sztuki, poezji, literatury. Ludzi. Religii. Na co dzień więc reprezentuję sobą wszystko to, co najprzeciętniejsi z przeciętnych. Jak beznamiętnie zanurzamy się w tym, co przepływa obok nas każdego dnia.


Podniecające zostają już tylko ucieczki.
O ile oczywiście uciekamy samotnie.


sobota, 8 marca 2014

Lista od rzeczy

Na dobry początek zupełnie bezzasadna lista chaotycznych sądów, które za zadanie mają niejako charakteryzować podmiot mówiący na blogu. Charakteryzować fragment jego jestestwa w obecnym stanie.

  1. Bla bla bla. Jako że punkt pierwszy może zdominować kolejne, należy go pozostawić właśnie w tej formie.
  2. Bezzasadno to w zależności od potrzeb: mała wieś o typowo wschodnim zaściankowym klimacie, gdzie najmniejsza plotka sprawia dziką satysfakcję, gdzie można godzinami wędrować krętymi ścieżkami po okolicznych, górzystych terenach - albo nadmorska miejscowość z dzikimi plażami, na których wyje porywisty wiatr, a niebo zmienia barwę wodzie - albo średniej wielkości polskie miasto nocą, ciche, uśpione, gdzie temperatura grubo poniżej zera przegnała wszystkie dusze z wąskich ulic.
  3. Większość ludzi to idioci. Nawet jeżeli nie wydajesz się idiotą, znajdzie się idiota, który sprawi, że poczujesz się idiotą, poza tym zawsze znajdzie się też działka, na terenie której i tak będziesz kompletnym idiotą.
  4. Wydaje się, że jeżeli sobie wmawiamy, że jesteśmy rozumnymi ludźmi, to - to działa.
  5. Starsza, wymalowana kobieta z puszką prosząca entuzjastycznie o pieniądze na pieski budzi politowanie, tak samo starszy pan z widocznym wysiłkiem pchający prawie pusty wózek po zakupach budzi litość. Diametralnie różne są uczucia, jakie odczuwa się pomagając im - niepewność a radość.
  6. Jeśli pragniesz uciec od problemów, które stwarzają Ci inni ludzie, poczujesz namiastkę ulgi nawet po zakupie rumiankowego kremu do twarzy Green Pharmacy. Prawdopodobnie dzieje się tak przez skojarzenia z przyjemniejszym niż cywilizacja miejscem, jakie wywołują grafiki kwiatków, liści i takich tam.
  7. Gdy mistrz mówi jedno słowo, uczeń powinien odszukać przynajmniej trzy inne podobne. Bo gdy uczeń mówi jedno słowo, mistrz zna sto słów kontekstu.
  8. Odrzucenie zasad oznacza przecież przyjęcie pewnej reguły.
  9. Zawsze uważałam Dzień Kobiet za całkiem spoko.