niedziela, 14 grudnia 2014

Marszruta. Obawa

Jest taki rodzaj niepokoju. Jak ten, gdy odwlekam odczytanie jakiejś wiadomości. Lub gdy trafiam na nieznane słowo i nie mam ochoty sięgnąć do słownika, ale to dziwne uczucie powinności powoduje pewne zawieszenie. (W końcu po słownik sięgam, ze wstydu.) Podobnie dzieje się, kiedy po nieprzespanej nocy budzę się popołudniem, powietrze już ciemnieje i dzień nie jest moim udziałem. Kiedy przeglądam godzinami moje osiemset zdjęć z ostatnich pięciu lat, czasy się mieszają i czuję podwójne zmęczenie. Niepokój buduje się na siatce rzeczywistości i tworzy dziwną przestrzeń wahania. Potem jest niemoc. Lęk. Ucieczka. Cień. Taka marszruta. Ale nie dziś.

Wiersze Andruchowycza, Piosenki dla martwego koguta. Jeszcze nic nie rozumiem. Ukraina to polityka, polityka to Ukraina. Ale czuję ten niepokój, choć to wszystko mnie nie dotyczy. Wszystkie te nazwy własne. Raczej czuję się gdzieś między jego słowami, na przykład czuję czasem, że też jadę.
Ja też jadę
tym wagonem z miejscówkami,
tą noclegownią na kołach,
gdzie światła jest akurat tyle,
żeby nie zasnąć i nie czytać,
dokładnie tyle,
żeby się powiesić.


tłum. Bohdan Zadura
A może właśnie dlatego mnie to dotyczy. Chyba boję się, że ten właśnie kształt przyjmie to, co ma mnie dotyczyć. W przyszłości. Gdy gdzieś odejdę, wyruszę w prawdziwą podróż, jeśli to zrobię, jeśli się odważę lub jeśli będę do tego zmuszona. Wszystkie te nazwy dlatego są własne, że zupełnie nie są moje. Chciałabym być gdzieś daleko, gdzie nie ma potrzeby, by były. A czasem chciałabym, by to mnie nie było. Ale nie tak znowu często. Pewnie jak każdy, jak ty czy oni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz