Spadł mi z serca najcięższy kamień. Jest ich tam jeszcze kilka, ale ten był dość spory. Gdy o tym marzyłam, nie spodziewałam się, że będzie tak zwyczajnie, normalnie, niemalże sennie. A jednak. Jakaś powłoka, zasłona dymna, lekkie oszołomienie oddziela mnie od świata. Ale to dobrze, w sumie to dobrze. Dziś odetchnęłam z wielką ulgą.
Zaczynam czasami naprawdę widzieć, że wszystko straszne jest tylko w mojej głowie i że w ogóle zbyt wiele tam mnie.
Chciałabym bardzo, by teraz wszystko się zmieniło, głównie to, jak się po cichu modliłam, bym ja sama się zmieniła, bo w sumie to jedyna droga. Trochę by było jak dawniej, ale też trochę inaczej. Chyba pora wreszcie dorosnąć. I być może nawet jestem na to gotowa. Przynajmniej bardziej niż kiedykolwiek dotąd.
Gdy zaczynałam pisać tego bloga, nie spodziewałam się, że nadejdzie czas, gdy będę tak zdrowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz