Sny: otrzymuję suche zapytanie, czy zdaję sobie sprawę z tego, że mój dziadek nie żyje i mam to niezręczne poczucie, że będę musiała dołączyć do pogrążonych w żałobie członków rodziny i okiełznać emocje, przywdziać swoją kamienną twarz. Albo: wybucha wojna, wokół wszystko szaleje, niby nic (jeszcze), ale ludzie kręcą się wokół własnego ogona, próbując wymyślić, co ze sobą zrobić, podobnie zresztą jak moja rodzina, bo my bierzemy jakieś przypadkowe rzeczy i wyruszamy, dokąd?, właściwie nie wiadomo, gdzieś przez podmokłe tereny, egzotyczne zarośla, wichrowe wzgórza, a bierzemy tak mało, żadnego jedzenia ani cieplejszych rzeczy, chyba ze względu na męczeństwo, na które się decydujemy, przecież nawet nie wsiadamy w pociąg albo samolot, będziemy iść pieszo, tak bardziej incognito, pośród bujnej roślinności będzie można się w razie czego ukryć.
Wreszcie: zawiesiłam swój obraz po drugiej stronie ulicy, na zewnętrznej ścianie jakiegoś budynku i teraz spoglądam z okna, i z oddali jawi mi się ta dziwna kompozycja w odcieniach cytrynowej żółci, nasyconej zieleni i pogodnego błękitu, taki z lekka abstrakcyjny krajobraz... dni mijają, pogoda się zmienia, siąpi deszcz, a ja dostrzegam, jak warstwa farby niszczeje, faktura pokrywa się pajęczyną pęknięć, płaty odpadają, odkrywając bawełniane, brudne płótno pod spodem... i wstyd mi tego, jak nędznie wygląda teraz moje dzieło, wstyd mi, że zawiesiłam to w tak publicznym miejscu, bo wszyscy okoliczni mieszkańcy muszą myśleć tylko o tym, jak głupie było zawieszenie obrazu na dworze, a trudno mi się nie zgodzić, że był to fatalny błąd, decyzja w ogóle nieprzemyślana, więc jedyne, co mi pozostaje, to udawać (przed samą sobą również), że to był celowy zabieg, bardziej performance niż klasyczny akt artystyczny - tylko że tak trudno przekonać do tego samą siebie, jest mi głupio.
sobota, 18 listopada 2017
Novum, powtarzam
Zawsze spoglądałam na świat spod przymkniętych powiek. Zbudowanych z tkanki strachu. Utkanych z lęków i bezzasadnych przesądów. Moich własnych. Nie mogę winić innych ludzi za to, że przyjęłam za własne ich wierzenia w ustalone scenariusze. Jeśli coś, to coś. Jeśli wszystko wygląda wspaniale, ale gdzieś tu mamy mały szkopuł, to przyłóżmy doń lupę - już nie taki mały ten szkopuł - zajmijmy się nim, zbadajmy jego naturę - powiększamy, roztrząsamy, powiększamy. Ta mała wada rozlewa się szalonym strumieniem na cały obraz. Nie jest już rysą na szkle. Jest czarną dziurą.
Wiedzieliśmy, że coś tu było nie tak!
To znaczy, ja wiedziałam, że tak będzie.
Nie. Ja sprawiłam, że tak będzie.
...stare dzieje.
Otwórz oczy. Zerwij ten strach. Otwórz się. Zajrzyj wgłąb siebie. Dotknij tego strachu. Ustępuje. Zaprasza cię do środka. Nic tam nie ma. Prócz ciebie. Dziewicze zakamarki. Jeśli tam dotarłaś, jesteś kimś innym. Oczy masz teraz szeroko otwarte. Spoglądają na ciebie. Zdziwienie? Determinacja? Ja.
Wiedzieliśmy, że coś tu było nie tak!
To znaczy, ja wiedziałam, że tak będzie.
Nie. Ja sprawiłam, że tak będzie.
...stare dzieje.
Otwórz oczy. Zerwij ten strach. Otwórz się. Zajrzyj wgłąb siebie. Dotknij tego strachu. Ustępuje. Zaprasza cię do środka. Nic tam nie ma. Prócz ciebie. Dziewicze zakamarki. Jeśli tam dotarłaś, jesteś kimś innym. Oczy masz teraz szeroko otwarte. Spoglądają na ciebie. Zdziwienie? Determinacja? Ja.
środa, 15 listopada 2017
Powrót do uzdrowiska
A zatem - no cóż - znów tu jestem. Powinnam była przybyć do mojego Bezzasadna dużo wcześniej. Moja kochana myślodsiewnia. Moja wyobrażona kraina. Hipisowskie bagno niepoukładanych myśli. Studnia emocji wydrążona daleko wgłąb ziemi, przebijająca jądro, zakończona po drugiej stronie planety we wzburzonych wodach Pacyfiku. Moje Bezzasadno. Zmiennokształtna, zakrzywiona forma przestrzeni. Ja.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)