wtorek, 7 października 2014

Zwięźle o porażce

Zauważyłam, że gdy coś mi wybitnie nie pójdzie (wyrżnę się na ulicy, przeżyję ogromny zawód miłosny, zbiję szklankę etc.), to całość uczuć, jakie mi przy tym towarzyszą, można zamknąć w takim przeciągłym, pełnym mieszaniny żalu, zażenowania i wyrzutu do siebie i świata zawołaniu: choleraaaaa, nieeeee!

niedziela, 5 października 2014

Stan, do którego jeszcze zatęsknię

Czuję, że znów staję się człowiekiem, od którego zależy, gdzie się znajdzie. Odważam się na marzenia. Zastanawia mnie tylko, czy ma to związek z odsunięciem się od świata - w samotni, bez porównywania, łatwiej jest usłyszeć swój wewnętrzny głos, wyzwolić się ze schematów i zależności, podważyć oczywistości, łatwiej uwierzyć w siebie. Nie spotykać się z obcością, którą umysł przerabia z automatu na wrogość (co jest absolutnie bezsensowne). Medytacja pozwoliła mi dostrzec, jak małe są sprawy, które determinują ostatni czas, pozwoliła mi się wznieść i spojrzeć na wszystko z góry, jak gdyby wyjść z poszczególnych folderów i patrzeć na ich skatalogowany rząd. Jakże bym chciała zachować na zawsze ten dystans, który odczuwam teraz względem wszystkiego, o co wczoraj się obawiałam. Jest tak, bo póki co znajduję się teraz myślami bardzo daleko. Dystans taki niekiedy pojawia się, gdy jestem bardzo zmęczona lub pijana, ale pod postacią pokrewnego tumiwisizmu.

A jednocześnie mam oczywiście świadomość, że to wcale nie zależy ode mnie, że jest taki dobry czas, bo, jak ktoś kiedyś zauważył, nasze bycie jest sinusoidalne, raz na wozie, raz pod wozem. Są takie i takie czasy. Nie mam pojęcia, czy to gwiazdy dały mi chwilę wytchnienia, czy spokojna modlitwa, czyjaś wyłączna opieka, czy poczucie nieobecności w świecie, czy to moja wewnętrzna zasługa, czy działa w ten sposób rezygnacja, czy zapatrzenie w fikcyjne historie (manipulacja), czy poczucie, że coś robię dla siebie, że to może przynieść efekty, czy... wszystko razem. Tak czy siak nie mam żadnej kontroli, ale jednak czuję, że mogę wiele. Jednocześnie zaległe obowiązki hamują mój jesienny entuzjazm, więc pierwszy raz w życiu może nie zawalę się nowymi przedsięwzięciami.

Dziś jest tak rzewnie. Słucham starych, trzeszczących nagrań, których słuchali pewnie za młodu moi dziadkowie. Kobiety śpiewały manierą Hanki Ordonówny, pamiętam, słyszałam. Czuję, że wszystko da się pogodzić i choć ciężko zabrać się za trudne zadania, wiem, że to wykonalne i że to droga, która prowadzi tak daleko jak stąd za ocean. Te stare nagrania należą do wszystkich jesieni, w których jestem. I wierzę, że wszystkie strony mojego małego światka mogą zostać magicznie zespolone: że Mistrz mój jest na tyle dobry, że zrozumie moją słabość, że poprowadzi mnie w dobrym kierunku (a ufam mu zupełnie), że Chłopiec ze wschodu to nie tylko chwilowy ratunek od nicości, ale i łódź, i kotwica (bo kto to widział, by chwila z kimś przeformułowała całą wizję świata, przyszłości, siebie), że wszystkie ważne osoby będą niewyczerpalnym budulcem potężnego gmachu - mnie.


Jest w tym wszystkim coś upojnego. Coś, co nie pozwala myśleć w sposób uporządkowany, ale i wracać do słów narosłych już na ekranie w celu poprawek. Jest coś, co uwalnia potok świadomości. A co popłynęło, nie wróci - nie wraca się, jeśli chce się zachować porządek rzeczy.