czwartek, 25 grudnia 2014

Po pasterce

Spadł mi z serca najcięższy kamień. Jest ich tam jeszcze kilka, ale ten był dość spory. Gdy o tym marzyłam, nie spodziewałam się, że będzie tak zwyczajnie, normalnie, niemalże sennie. A jednak. Jakaś powłoka, zasłona dymna, lekkie oszołomienie oddziela mnie od świata. Ale to dobrze, w sumie to dobrze. Dziś odetchnęłam z wielką ulgą.

Zaczynam czasami naprawdę widzieć, że wszystko straszne jest tylko w mojej głowie i że w ogóle zbyt wiele tam mnie.

Chciałabym bardzo, by teraz wszystko się zmieniło, głównie to, jak się po cichu modliłam, bym ja sama się zmieniła, bo w sumie to jedyna droga. Trochę by było jak dawniej, ale też trochę inaczej. Chyba pora wreszcie dorosnąć. I być może nawet jestem na to gotowa. Przynajmniej bardziej niż kiedykolwiek dotąd.


Gdy zaczynałam pisać tego bloga, nie spodziewałam się, że nadejdzie czas, gdy będę tak zdrowa.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Peryferie siebie

Tyle razy myślałam ostatnio Ukraina, wiele razy wypowiadałam to słowo. I jeszcze więcej słów. Ich znaczenia jedynie dla mnie samej wiążą się w spójną całość. Pokusiłabym się o ich opisanie, ale są tylko do patrzenia, patrzenia myślami - są niewyrażalne... Mimo to zawierają się gdzieś między idealnie przejrzystym, zielonym pejzażem a zapuszczonym i bezgranicznie brudnym terytorium.

Dalej jestem pod urokiem Andruchowycza, chociaż już wiem, że nie zrozumiem tego tak, jak myślałam, że mi się uda. Być może dawno nie miałam w rękach poezji tak przepełnionej prawdziwym życiem. Nie urywam w połowie zdania wiersza, nie odpływam myślami. Słucham do końca. Wszystko wydaje się prawdziwe, wszystko jest interesujące, wszystko to słyszę po raz pierwszy. Oswoiłam troszkę jego nazwy własne. Nadal się tam nie nadaję, ale nic to. Bardzo to męski sposób mówienia. W świecie Andruchowyczowego podmiotu lirycznego podróż bywa samotna i to nic złego, obserwuje się bez schizy, że jest się obserwowanym, pije się więcej, pali się więcej. Trochę zawsze o tym marzyłam, by kimś takim być, tym słynnym outsiderem, choć nie ulegam złudzeniom. Mimo wszystko, mimo wewnętrznego chłopca, starych blizn na kolanach i zagojonych siniaków, mimo umiłowania prostoty, prostej komunikacji i potępienia gierek typu sentymentalizm - pozostaję kobietą.


W studni

Każdy weekend to jak bezdenna studnia, do której mimowolnie wpadam. Zanurzam się pod wodę, robi się ciemno i duszno. Czasami zupełnie nie pamiętam już, co zostawiłam na zewnątrz. Przez niedobór tlenu nie potrafię zebrać myśli i ułożyć planu powrotu.

Chyba z braku słońca tak się dzieje. Wędruję gdzieś myślami, mając u progu niepamięci wszystkie ważne sprawy. Jedyne, co potrafię powiedzieć, że robię, to po prostu jestem. Niby coś się dzieje, coś przykuwa moje spojrzenie, coś każe mi się skupić, coś mnie na przykład boli. Te cosie przypominają, że jestem - gdzie, kiedy, jak. Ale nic więcej. Dziwny taki amok. Jak gdyby pijacki. Trochę na granicy snu. Ledwo coś pamiętam w takich momentach. Pamiętam, że niedawno bardzo mi było przykro, że byłam bezradna, że to bolało, ale w te kilka dni sumujące się na weekend mam zbyt otępiały umysł, by przypomnieć sobie, co jeszcze niedawno czułam.

Nieraz w takich chwilach uświadamiam sobie jednak, że:
a) nie powinnam czytać fantastyki,
b) wciąż czeka na mnie II część Melancholii, której się boję,
c) takoż poezja, której nie rozumiem, lepiej niech czeka na stateczne dni,
d) smętna, minorowa muzyka działa dziś bardziej.

Nie wiem, od czego to zależy, ale chyba stałam się w pewnym momencie przewrażliwiona. Najlepiej mi czytać suche, naukowe rozprawy, encyklopedyczne definicje, zimne podręczniki. Zadowalać się radiem i jakimś lajfstajlowym programem telewizyjnym. Byle, na Boga, nie postradać zmysłów.

niedziela, 14 grudnia 2014

Marszruta. Obawa

Jest taki rodzaj niepokoju. Jak ten, gdy odwlekam odczytanie jakiejś wiadomości. Lub gdy trafiam na nieznane słowo i nie mam ochoty sięgnąć do słownika, ale to dziwne uczucie powinności powoduje pewne zawieszenie. (W końcu po słownik sięgam, ze wstydu.) Podobnie dzieje się, kiedy po nieprzespanej nocy budzę się popołudniem, powietrze już ciemnieje i dzień nie jest moim udziałem. Kiedy przeglądam godzinami moje osiemset zdjęć z ostatnich pięciu lat, czasy się mieszają i czuję podwójne zmęczenie. Niepokój buduje się na siatce rzeczywistości i tworzy dziwną przestrzeń wahania. Potem jest niemoc. Lęk. Ucieczka. Cień. Taka marszruta. Ale nie dziś.

Wiersze Andruchowycza, Piosenki dla martwego koguta. Jeszcze nic nie rozumiem. Ukraina to polityka, polityka to Ukraina. Ale czuję ten niepokój, choć to wszystko mnie nie dotyczy. Wszystkie te nazwy własne. Raczej czuję się gdzieś między jego słowami, na przykład czuję czasem, że też jadę.
Ja też jadę
tym wagonem z miejscówkami,
tą noclegownią na kołach,
gdzie światła jest akurat tyle,
żeby nie zasnąć i nie czytać,
dokładnie tyle,
żeby się powiesić.


tłum. Bohdan Zadura
A może właśnie dlatego mnie to dotyczy. Chyba boję się, że ten właśnie kształt przyjmie to, co ma mnie dotyczyć. W przyszłości. Gdy gdzieś odejdę, wyruszę w prawdziwą podróż, jeśli to zrobię, jeśli się odważę lub jeśli będę do tego zmuszona. Wszystkie te nazwy dlatego są własne, że zupełnie nie są moje. Chciałabym być gdzieś daleko, gdzie nie ma potrzeby, by były. A czasem chciałabym, by to mnie nie było. Ale nie tak znowu często. Pewnie jak każdy, jak ty czy oni.

wtorek, 2 grudnia 2014

Gorzki posmak

Dziś kilka scen, tak zwanych faktów autentycznych, układających się w zadziwiająco spójną całość.

I   Nie wyrabiam się w czasie, trochę przeklinam, ale jadę, gdzie mam jechać. Na zewnątrz jestem opanowana, ale to tylko pozory, czuję wewnętrzne kołatanie, ale nie potrafię zlokalizować, co szwankuje. Ostatnio wszystko było już w miarę lepiej, spokojniej. Przed wejściem do budynku zapalam papierosa. Robię tak we wtorki. Tym razem jednak coś bardzo mi nie pasuję, niemal się dławię. Pierwszy raz potrafię nazwać smak dymu. Jest gorzki. Najzwyczajniej w świecie jest gorzki.

II   Koleżanka promienieje. Podnosi rękę i pokazuje pierścionek zaręczynowy. Ma bordowe kamienie w środku i srebrne kryształki wokół. Nie potrafię ich nazwać, nie znam się na tym. W każdym razie wzór ornamentu był zaprojektowany na podstawie jakiegoś ważnego elementu prywatnej literackiej mitologii zakochanych. Jest przeszczęśliwa. Wychodzę za mąż. Wychodzi w sierpniu. Mam wrażenie, że to za chwilę. A to jeszcze dobra chwila. Gratuluję jej: najwyższa pora, jak by to powiedziała moja babcia.

III   Później jadę autobusem. Jestem nieszczęśliwa i tak mi z tym głupio... Za szybą widzę wciąż żółto-niebieskie kompozycje - banery, reklamy, tablice informacyjne, ubrania, ciężarówki. To chyba najpopularniejsze, najbardziej oczywiste i oczojebne zestawienie kolorystyczne. O to nie mam do świata żalu. Ale przecież pojawiają się też słowa. A to nazwa miejscowości, a to imię. Czy nie byłoby bardziej miłosiernie ze strony świata, gdyby zostawił mnie w spokoju? Nie męczył? Nie narzucał się swoją wizualnością i ciągiem znaczeń? Trzeba mnie dobić? Dlaczego? Podobno miał być miłosierny. Ani w tę, ani w tamtą.

IV   Nic mnie nie cieszy, gdy szybkim krokiem idę z miejsca na miejsce. Myślę sobie, że okej, może to obiektywnie jest najlepszy czas na znalezienie sobie pary i ustanowienie nowego etapu życia, ale co z tego, że bardzo tego chcesz? Przecież jesteś taka nieporadna... I co że chciałabyś tego, co się standardowo powinno teraz potoczyć? Naprawdę myślisz, że poradziłabyś sobie z rolą narzeczonej, żony, pani domu, matki? Naprawdę w to wierzysz? Może niektórzy nie powinni tego dostąpić, by się nie zawieść... No tak, ale ja nawet na tym niższym etapie nie mam możliwości się sprawdzić. Nie mam szans sprawdzić się jako czyjaś dziewczyna. Na tym koło się zamyka. Wszystko to myślę sobie bardzo gorzko. A dalej: dlaczego one wszystkie mają bliskich facetów, ukochanych? Dlaczego są ludzie lepsi i gorsi, czytać: szczęśliwi i samotni. Świadomie upraszczam wszystko, jak leci. Nie jestem sobą. Dlatego, że jestem zakochana, kurwa, nieszczęśliwie.

V  Wracając do domu, zakładam się z samą sobą. Jeśli autobus, do którego muszę się przesiąść, ucieknie mi, to wstąpię do sklepu przy przystanku i kupię sobie coś na pocieszenie. Na co mam ochotę, jakieś krakersy i dopalacz, może jakaś bułka? Po czym trzeźwieję - serio? na pocieszenie, że ktoś jest szczęśliwy? To chore. Udaje mi się przesiąść bez pośpiechu do następnego autobusu. Będąc już prawie pod domem, idę za jakimś małym chłopaczkiem. Na oko podstawówka. Mały chłopaczek, a jednak cała poza, cała jego postać kreowana jest na dużego chłopca. Spora, sportowa kurtka poszerza mu górne partie ciała, które gibią się to w jedną, to w drugą stronę, taki to męski sposób chodzenia. Z zamyślenia moją uwagę wyrywa dobrze znany dźwięk. Chłopaczek zapala papierosa. Niespodziewanie mnie to szokuje i długo za nim patrzę, jak odchodzi. Czuję wciąż ten gorzki posmak.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Jak niżej

Kurwa.

_____
Paradoksalnie w miarę upływu czasu coraz więcej można zamknąć w jednym słowie.