Każdy weekend to jak bezdenna studnia, do której mimowolnie wpadam. Zanurzam się pod wodę, robi się ciemno i duszno. Czasami zupełnie nie pamiętam już, co zostawiłam na zewnątrz. Przez niedobór tlenu nie potrafię zebrać myśli i ułożyć planu powrotu.
Chyba z braku słońca tak się dzieje. Wędruję gdzieś myślami, mając u progu niepamięci wszystkie ważne sprawy. Jedyne, co potrafię powiedzieć, że robię, to po prostu jestem. Niby coś się dzieje, coś przykuwa moje spojrzenie, coś każe mi się skupić, coś mnie na przykład boli. Te cosie przypominają, że jestem - gdzie, kiedy, jak. Ale nic więcej. Dziwny taki amok. Jak gdyby pijacki. Trochę na granicy snu. Ledwo coś pamiętam w takich momentach. Pamiętam, że niedawno bardzo mi było przykro, że byłam bezradna, że to bolało, ale w te kilka dni sumujące się na weekend mam zbyt otępiały umysł, by przypomnieć sobie, co jeszcze niedawno czułam.
Nieraz w takich chwilach uświadamiam sobie jednak, że:
a) nie powinnam czytać fantastyki,
b) wciąż czeka na mnie II część Melancholii, której się boję,
c) takoż poezja, której nie rozumiem, lepiej niech czeka na stateczne dni,
d) smętna, minorowa muzyka działa dziś bardziej.
Nie wiem, od czego to zależy, ale chyba stałam się w pewnym momencie przewrażliwiona. Najlepiej mi czytać suche, naukowe rozprawy, encyklopedyczne definicje, zimne podręczniki. Zadowalać się radiem i jakimś lajfstajlowym programem telewizyjnym. Byle, na Boga, nie postradać zmysłów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz