środa, 26 listopada 2014

Nic nierobienie

Jaki miły wieczór. Za oknem zimno jak diabli, a ja zanurzona w moim miękkim fotelu, opatulona ciepłym kocem, przeglądam sobie życiowe porady na Deonie, leniwie pozwalając myślom ważyć ten czy ów światopogląd, a samej tkwiąc sobie w bezpiecznym, zacisznym zawieszeniu. Popijając dopalacza. Czekając aż najdzie mnie ochota kontynuowania pracy nad Społeczeństwem konsumpcyjnym Baudrillarda. W międzyczasie zaglądam na Zalando i BonPrix, szukając sukienek, które sprawią, że poczuję się lepiej w swojej skórze i pocieszą po zawodzie miłosnym. A potem błądzę myślami po zajęciach i przypominam sobie o recenzji, którą mam napisać, dotyczącej publicznej debaty na temat stoickiego stylu życia. I tak sobie czas płynie. Środek tygodnia, godzina ani za wczesna, ani za późna, okolice 19-ej, doskonały czas na nic nierobienie.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Archaïscher Torso Apollos

Poszukałam, znalazłam:

Nie znaliśmy tej jego niesłychanej głowy
i oczu, co w niej dojrzewały. Ale
ten tors jaśnieje jak kandelabr w chwale,
a w nim wzrok jego, tylko uwięziony,

żyje i świeci. Nie mógłby inaczej
łuk piersi cię oślepić, w cichym zwrocie
lędźwi nie mógłby otrzeć się przelotnie
uśmiech o środek, który płodność znaczy.

Inaczej stałby niekształtny, skrócony,
ten kamień z odtrąconymi ramiony
i nie lśniłby jak skóra drapieżnika;

i nie wyrywał się ze swych krawędzi
jak gwiazda: każda kamienia drobina
cię widzi. Musisz swe życie odmienić.

przeł. Andrzej Lam

środa, 19 listopada 2014

Zasady udanego życia

Dystans przygodnego wędrowca i kontemplacja zamiast posiadania.

Kiedy się spotkaliśmy, ty i ja, spotkanie było bardzo krótkie, było niczym. Teraz, kiedy je wspominamy, stało się czymś. Ale wciąż niewiele o nim wiemy. To, czym się stanie, kiedy będę je wspominał, kładąc się, by umrzeć, czym stanie się przez te wszystkie dni od dzisiaj – to jest nasze prawdziwe spotkanie. Tamto jest tylko początkiem.

C.S. Lewis

wtorek, 18 listopada 2014

Święto na co dzień

Poniedziałek, około samego południa. Kościół jeden, drugi. Wieczór i kościół trzeci. Taka mała odyseja. Obserwowałam dziś ludzi. Wszyscy starsi. Jak gdyby wymiar materialny po pewnym czasie stawał się nużący i szukało się czegoś innego, z zupełnie drugiej strony medalu. Albo przyzwyczajenie, albo strach, ale święto.

Takie wyjście z domu podczas emerytury - myślałam sobie - na mszę, bo gdzieżby indziej w moim mieście, tyle tu kościołów, można zwiedzać cały dzień. Liturgia jest świętem, ale świętują ją chyba tylko starsi. Regularne świętowanie. Specjalne wyjście.

W sumie chciałabym tak kiedyś świętować. Gdy już będę miała kogoś na zawsze mojego. Tylko on musi chcieć świętować to bardziej ode mnie, ja nas tam nie zawiodę. To szczęście, gdy mężczyzna wiedzie gdzieś kobietę. Tam. Jednak moje marzenia były bardzo młodzieńcze, bo takie wyjście do kościoła należałoby jeszcze kontynuować w jakimś lokalnym barze, uraczyć się tam południową kawą i aktualną gazetą, a potem spacerem wrócić do domu na obiad. Popołudniem i wieczorem pracować, czytać, pisać, malować - jak to na emeryturze. Później obejrzeć wiadomości i rozumieć wszystko, przejrzeć wszystkich na wylot.

Kiedy padło módlmy się za..., to ogarniając wzrokiem zgromadzone kobiety opatulone szalikami, kurtkami, z beretami i kapeluszami na siwych głowach, pomyślałam sobie, że one wszystkie, te kobiety, są już tak przyzwyczajone do troski o innych, do służenia, że i tu, gdy nie pozostało im już nic w tej trochę materialnej sferze, stają się opiekunkami świata, że gdy słyszą wołanie módlmy się, to na pewno w swoich sercach z troską przywołują obraz tego, za kogo trzeba się modlić, mniej lub bardziej bezinteresownie, pewnie jakimś takim odruchem naturalnym, matczynym, wrodzonym, jakby wszystkie kobiety były matkami tego świata, a potem przeistaczały się w anioły.

Pompatyczne miałam tam myśli. Ale generalnie my, młodzi, myślimy jednak głównie o sobie.

sobota, 15 listopada 2014

Po czym poznać, że ludzie się kochają

Słyszeliście ton ich głosu? Niższe rejestry, ciepła barwa, wolniejsze tempo.

Często mają podobny rysunek twarzy. A dalej maluje się cała skala radości, od błogiej pogody przez półuśmiech aż po szeroki wyszczerz.

Podejrzewam, że odpowiadają twierdząco na trzy ważne pytania.
Czy wzajemnie się szanują.
Czy jedno sprawia, że drugie chce być lepsze i vice versa.
Czy gdyby jedno za lat dwadzieścia miało wciąż być takie samo, to drugie wciąż by go chciało i w drugą stronę.

Są, a przynajmniej powinni być, przynajmniej tak się dzieje w moim małym świecie - kobietą i mężczyzną. Reszta ludzkości tylko czeka, by sobie z nich zakpić, produkując masę stereotypów. Bo jak wiadomo, kobieta i mężczyzna różnią się od siebie we wszystkim prócz jednego - zarówno oni, jak i one, lubią komplikować. Nie wnikam kto bardziej. Wiadomo. Mimo to, jeśli ludzie się kochają, to mają gdzieś pieprzone stereotypy.
 
Wreszcie - jest ci z nimi dobrze. Miło się z nimi spędza czas. Wcale nie jest tak, że oni okazują sobie czułości, a ty odczuwasz skrępowanie czy inne negatywne uczucia. No, chyba że z tobą coś nie tak, na przykład sam nie masz nikogo do pary.

piątek, 14 listopada 2014

Niejedzenie, sen i żal

Rano nie wstaję z odpowiednim zapasem czasu, by w spokoju się przygotować do wyjścia. Jak wiadomo, kobieta potrzebuje na to dobrej chwili. W pośpiechu wypijam mały kubek soku, w gorszym razie kubeczek jakiegoś gazowanego napoju, choć zdarza się, że uda mi się zaparzyć kawę. Do tego kawałek suchej bułki czy kromka chleba przykryta plastrem sera lub szynki. Śniadanie jest więc tylko z zasady, byle było, by oszukać trochę mózg. Potem jakaś kawa z automatu, może z dodatkiem czegoś słodkiego, może więc cappuccino czekoladowe, a do tego jakaś sucha drożdżówka przegryziona w pośpiechu. Dzień mija. Wracam do domu. Jakieś dwie kanapki. Kawa lub herbata, potem wieczorna herbata, potem drugi kubek wieczornej i wreszcie nocna szklanka herbaty.

Ze snem bywa jeszcze dziwniej. Mogę spać kilkanaście godzin, mogę wstać po kilku. Często nie potrafię zasnąć do rana, słucham wtedy muzyki przez słuchawki i smucę się. Kiedy noc odbiera rzeczom kolory, znika gdzieś nadmiar bodźców i człowiek zostaje sam na sam ze swymi emocjami. Gdybyśmy mogli krzyczeć w nocy, byłyby to nasze najgłośniejsze wołania.

Wśród i wobec ludzi wszystko jest w porządku. Są najpotężniejszym bodźcem odwracającym moją uwagę od tego, co mnie boli. Jednak gdy tylko mam okazję, zbaczam na tory prowadzące ku smutnym myślom.

Najbardziej nie potrafię wybaczyć światu tego, że dał mi jeden konkretny znak: w dniu symbolizującym najpełniej Jego osobę, w miejscu, które w moich oczach związane jest z prawdą i z nadnaturalnym rozumieniem świata, dostałam - w dodatku od osoby, która jako żywo sama jest jakimś dziwnym znakiem, że istnieje coś więcej - symbol świata, z którego On pochodzi. 

Nie rozumiem, dlaczego tak się stało, po co, w jakim celu.

wtorek, 11 listopada 2014

Poczta Wszechświatowa

Wszechświat obsługuje specyficzny rodzaj poczty, zupełnie niekompatybilny z systemem, który obowiązuje w naszej ludzkiej społeczności. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to wszystko działa tak samo, a jednak u nas wybiera się przesyłkę priorytetową, ekonomiczną, a nawet natychmiastowego maila i ma się względną pewność, że w konkretnym terminie ta wiadomość musi, MUSI, dotrzeć na miejsce.

Tymczasem gdyby się tak zastanowić, to Poczta Wszechświatowa jest jakimś zupełnym absurdem. Zdarza mi się nierzadko korzystać z tego typu usługi i generalnie NIE POLECAM. Po pierwsze, nie wiadomo konkretnie, kto jest adresatem mojej wiadomości. Rozumiem doskonale, że niektórzy lubią pozostawać anonimowi, sama też wolę się przejść do paczkomatu niż odbierać przesyłkę face to face z rąk listonosza czy kuriera. W tym wypadku sytuacja jest jednak przesadą. Dowolność w adresowaniu wiadomości posyłanej we Wszechświat to sprawdzian dla zdrowego rozsądku - niektórzy z frustracji nie zdają tego egzaminu! Ale idąc dalej, bo nie adresat jest tu jednak sednem sprawy (akurat w tym konkretnym wypadku), całe to zażalenie, czy może rozżalenie, spowodowane jest czasem i sposobem dostawy.

Poczta Wszechświatowa powinna wprowadzić system, który pozwoliłby przełożyć czas przesyłki na czas obowiązujący w miejscu, do którego ma ona dotrzeć. Nie można czekać w nieskończoność! Ostatnia moja przesyłka dotarła do mnie - uwaga - po niemalże dwóch i pół roku! Jak się można spodziewać, po takim czasie oczywiście zupełnie już zapomniałam, co i kiedy zamówiłam. Dostawszy przesyłkę, nie zdałam sobie sprawy, że to ta zamówiona sprawa - byłam przekonana, że to jakaś pomyłka (a szczerze mówiąc, miła niespodzianka, myślałam z początku, która jednak okazała się być tak naprawdę przyczyną późniejszych zmartwień). I rzecz jasna, po takim czasie wolałam dostać już coś innego niż niegdysiejsze zamówienie. Zmieniła się sytuacja życiowa i inne prywatne kwestie nawarstwiły się w nieco innym porządku niż przypuszczałam. Wszystko to spowodowało całkiem spory chaos, który do tej pory pozostaje nieuporządkowany, mimo że przesyłkę odebrałam już pięć miesięcy temu! Kursywa powodowana jest oczywiście faktem, że dziś dzień zdaję sobie sprawę dopiero, na którą z moich wiadomości otrzymałam odpowiedź. Na miły Bóg, TAK NIE MOŻNA! Przecież wystarczyło dołączyć małą notatkę z wyjaśnieniem, taki drobiazg w stylu: Szanowna Pani, oto odpowiedź na Pani zapytanie/prośbę skierowaną do mnie/nas wtedy a wtedy. Niby prosto, a jednak nadawca Poczty Wszechświatowej nie wpadł jeszcze na takie udogodnienie.

Podsumowując krótko, odkrywszy tę nieprzyjemną pomyłkę (tak, w moich oczach odpowiedź na wiadomość sprzed dwóch lat, gdy w moim życiu nie dzieje się znowu tak mało, jest niewątpliwie pomyłką), pomyślałam od razu, że problemem Poczty Wszechświata jest brak wyboru sposobu dostawy, że dysponują tam tylko opcją list ekonomiczny, i pomyślałam też, że co to by było za udogodnienie, gdyby wynajęli kuriera! Po zastanowieniu dochodzę jednak do wniosku, że problem leży głębiej. Nie do mnie należy na szczęście rozwiązywanie tegoż, pragnę wskazać tylko na pewne, liczne (sic!) niedoskonałości systemu.

______
Notatka wyjaśniająca:
To jest dokładnie to, o czym myślałyśmy piątkowego przedpołudnia dn. 7.11.14 r., siedząc z P. na jednej z ławek tylnej alejki parku miejskiego, po tym, jak panowie Strażnicy Miejscy oddalili się z ławki sąsiadującej z tą, której z ich powodu nie wybrałyśmy, a tym, jak - zdaje się - zaczął kropić deszcz-niedeszcz pośród spadających z drzew liści. Było też sporo małych robaków w naszych włosach, o zgrozo. Może P. wspomni kiedyś na to, gdy również napotka na przeszkody w posługiwaniu się Pocztą Wszechświata, czego jej i wszystkim innym użytkownikom Poczty oczywiście z całego serca NIE ŻYCZĘ.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Samospełniacz

Powiadam wam, kochani, za starych, dobrych czasów - jeśli tylko uruchomiło się wszystkie trybiki wyobraźni - opowieści zamieniały się w rzeczywistość. 


W pomieszczeniu było jasno i ciepło. Wybrali stolik przy dużym oknie. Widok zapierał dech i zmuszał do pokornego zamyślenia. Pierwsze dziesięć minut spoglądania na targane wiatrem morze uczcili więc milczeniem. Potem podano im kawę. Dobrze znany aromat i ciepło przenikające dłonie, którymi ujęła filiżankę, przyjemnie kontrastowały z ostrym, porywistym spektaklem rozgrywającym się za upstrzoną kroplami deszczu szybą. Przymknęła na chwilę powieki, skupiając całą uwagę na tych dwóch doznaniach. W tle czuła jeszcze delikatne ruchy jego nogi  podrygującej w takt pod stołem.

Podobała mu się ta piosenka, żywa i wesoła - tak właśnie się teraz czuł. I choć obserwując daremne wysiłki mew walczących z silnymi podmuchami wiatru, nazbyt szybko i jasno uświadamiał sobie porównanie z tym, co niewidzialne siły tego świata czynią z człowiekiem, nie tracił pogody ducha. Może jest ktoś ponad nami, kto wie, cóż to nie pozwala nam niekiedy rozłożyć skrzydeł i lecieć tak lekko, jak byśmy chcieli. Może dla tego kogoś to tak oczywiste jak dla nas wiatr powstrzymujący mewy. Może ten ktoś, patrząc na nas z politowaniem, dochodzi do podobnego wniosku, że nie warto walczyć ponad siły, że należy przeczekać...

Między kolejnymi myślami dochodziły go jeszcze strzępki rozmów innych obecnych w barze. Nad wszystkim panował. Rozsiadł się wygodniej na krześle, zapalił papierosa, wyciągnął nogi. Przeniósł spojrzenie na nią, gdy również się poruszyła.

- Jak się teraz czujesz? - Zapytał, a ona uśmiechnęła się ciepło, wyciągając rękę w kierunku jego twarzy i gładząc palcami policzek. Potem nachyliła się i szepnęła mu do ucha. - Bezpiecznie. - Oparła głowę na jego ramieniu. - Niech tak zostanie. - On pocałował ją w czoło. - Zostanie - obiecał.

wtorek, 4 listopada 2014

Sen o krowach, koniu oraz Indianinie

Miałam wysoce symboliczny sen ostatniej nocy.

Powoziłam dorożką, jadąc z siostrą przez ładne, nasłonecznione, zielone wzgórza, upstrzone gdzieniegdzie krzewem czy drzewkiem. Niecierpliwiłam się, gdyż wóz zaprzęgnięty był w tłuste, leniwe krowy zamiast konia, ciągnęłyśmy się więc godzinami. Wtem nad strumieniem dojrzałam Indianina Tańczącą Chmurę, którego skądinąd dobrze w tym śnie znałam. Wymieniwszy się pozdrowieniami, zagadałam doń, czyby może nie chciał dobić targu i wymienić swego konia na dwie dorodne krowy. Tańcząca Chmura, którego szyję zdobił niezwykły naszyjnik, swego rodzaju łapacz snów, ale uformowany z nawleczonych na nić przejrzystych kamieni (może z kryształu górskiego), nie zareagował entuzjastycznie, wręcz odwrotnie - miotał się i wymigiwał, nie chcąc mi chyba sprawić przykrości otwartą odmową. Ostatecznie na taki układ się nie zgodził, nie dostałam upragnionego konia, moje krowy pasły się na łące, wóz zupełnie już stanął w miejscu i tyle z tego było.

Pozwalając sobie na autoanalizę, mogę stwierdzić z jako taką pewnością jedynie, że krowy symbolizują dobrobyt i bogactwo (pamiętamy biblijną przypowieść o krowach chudych i tłustych), co koresponduje też z wolnym tempem jazdy i łagodny, sielankowy krajobraz. Jest to względne odbicie stanu, w jakim się obecnie znajduję. Jednak taka jazda staje się szybko nużąca i chce się przyspieszyć. Możliwością jest wymiana krów na konia. Dynamiczny koń symbolizuje często namiętności i pożądanie (pamiętamy np. obraz Podkowińskiego, Szał uniesień). Oczywiste jest zatem, że we śnie jestem gotowa wymienić wygody życia na ekscytującą przygodę.

Niepewność natomiast dopada mnie w momencie, gdy myślę o Indianinie Tańczącej Chmurze. Ta niezwykle lubiana przeze mnie postać pochodzi z serialu Dr Quinn. Odkąd pamiętam, dzięki temu serialowi jak i disneyowskiej Pocahontas żywiłam wobec Indian wielki szacunek i podziw (o dziwo, w przeciwieństwie do rdzennej ludności innych kontynentów niż Ameryka Północna, ale to tylko pokazuje, że jestem dzieckiem kultury masowej swoich czasów). Nasuwa się zaraz skojarzenie, że ów Indianin mógł stanowić dla mnie swoistego stróża, duchowego przewodnika, która to figura dość często pojawia się w naszych snach pod postacią autorytetów wszelkiej maści. Jednak wydaje się, że nic z tych rzeczy. Tańcząca Chmura, gdyby był tu autorytetem, powiedziałby jasno: nie oddam ci mojego konia, nawet za dwie krowy, basta. Tymczasem mam wrażenie, że był słaby, mało asertywny, niemęski, mówił bowiem: nie za bardzo chciałbym się wymienić, te krowy to nie, nie, może innym razem, raczej się nie chcę z koniem jeszcze rozstawać etc. I teraz przychodzi mi na myśl, że nie potrafił otwarcie odmówić zupełnie tak jak ja - zamiast porządnie przerwać tę dziecinadę, wycofywał się i kręcił. Oj tak. Możliwe więc, że stanowił moje alter ego, to bardziej indiańskie, co znaczy: rozwinięte, uduchowione, na wyższym poziomie wtajemniczenia, więcej widzące. I ono to nie chciało mi pozwolić na konia. Co oczywiście tłumaczy się jako, że nie chciało pozwolić mi na jakieś irracjonalne szaleństwa, które zakłóciłyby niezmącony spokój mojej nudnej egzystencji. Indiańskie serce znad strumienia uważało, że dobrze jest, jak jest, bez szaleństw, gdy panta rhei mozolnie. Stoik we mnie się zgadza. Spokój i racjonalność zapewniają porządek, zaś porządek - poczucie bezpieczeństwa.

Tylko że krowy poszły paść się na łąkę, wóz się nieco rozklekotał i nigdzie już więcej nie pojechaliśmy.

niedziela, 2 listopada 2014

Dlaczego faceci mówią o tęczy?

Coraz wyraźniej to widzę: dwie niesamowicie analogiczne sytuacje - druga połowa szkoły średniej, druga połowa studiów - dwóch chłopców. Na pierwszy rzut oka (i kolejny, i kolejny) zupełnie się od siebie różnili, inna szerokość geograficzna, inna kultura, inne warunki życia, zupełnie różne, jak by się zdawało, typy osobowości. Ale nie mogli być aż tak do siebie niepodobni, skoro w pewnym momencie czułam już, że rozmawiając z jednym, jestem tą osobą, którą byłam, rozmawiając z drugim - te same słowa, a bardziej odczucia, przy czym nie chodzi o to, że obydwu w jakiś sposób... miłowałam, a raczej, że stosowałam do obydwu, choć w różnym czasie, ten sam wzorzec zachowania. Czasem tak bywa i w bardziej prozaicznych sytuacjach, są pary ludzi do siebie tak podobnych w naszych oczach, że traktuje się ich tak samo - narzucają tę samą gębę, by tak rzec. To jeden z tych dziwnych mechanizmów, który upośledza moje życie.

W każdym razie - w pewnym momencie zlali mi się w jedno, archetyp chłopca, w którym jestem zakochana. Obydwoje mówili o tęczy i do tej pory nie wiem, czy to jakiś uniwersalny trik na podryw dziewczyny, czy naprawdę uchowała się w nich jakaś taka dziecięca wrażliwość na świat przyrody. Co ciekawe, jeśli to był jednak taki tani chwyt, to jednak mało skuteczny - tęcza kojarzy mi się raczej z gejostwem. (Co prawda, jest tam jakaś różnica w ilości kolorów, ale kogo to obchodzi.)

Za pierwszym razem, z tego, co pamiętam, nic na tę głupią tęczę nie powiedziałam, zaś już za drugim rzuciłam szczerze, z którym placem, w którym pięknym mieście naszego kraju mi się kojarzy. Nie wiedział, o co chodzi, ale i miał prawo nie wiedzieć. Uśmiechnął się tylko.  
- To i tak nie zmieni tego, że lubię tęczę.
Zaciągnął się papierosem. Dalej się uśmiechał. Oczami. (Wciąż o nim myślę.)


Podsumowując jałowo: dwa razy to samo. Jak to się mogło stać? Tak bardzo tego nie rozumiem.