piątek, 14 listopada 2014

Niejedzenie, sen i żal

Rano nie wstaję z odpowiednim zapasem czasu, by w spokoju się przygotować do wyjścia. Jak wiadomo, kobieta potrzebuje na to dobrej chwili. W pośpiechu wypijam mały kubek soku, w gorszym razie kubeczek jakiegoś gazowanego napoju, choć zdarza się, że uda mi się zaparzyć kawę. Do tego kawałek suchej bułki czy kromka chleba przykryta plastrem sera lub szynki. Śniadanie jest więc tylko z zasady, byle było, by oszukać trochę mózg. Potem jakaś kawa z automatu, może z dodatkiem czegoś słodkiego, może więc cappuccino czekoladowe, a do tego jakaś sucha drożdżówka przegryziona w pośpiechu. Dzień mija. Wracam do domu. Jakieś dwie kanapki. Kawa lub herbata, potem wieczorna herbata, potem drugi kubek wieczornej i wreszcie nocna szklanka herbaty.

Ze snem bywa jeszcze dziwniej. Mogę spać kilkanaście godzin, mogę wstać po kilku. Często nie potrafię zasnąć do rana, słucham wtedy muzyki przez słuchawki i smucę się. Kiedy noc odbiera rzeczom kolory, znika gdzieś nadmiar bodźców i człowiek zostaje sam na sam ze swymi emocjami. Gdybyśmy mogli krzyczeć w nocy, byłyby to nasze najgłośniejsze wołania.

Wśród i wobec ludzi wszystko jest w porządku. Są najpotężniejszym bodźcem odwracającym moją uwagę od tego, co mnie boli. Jednak gdy tylko mam okazję, zbaczam na tory prowadzące ku smutnym myślom.

Najbardziej nie potrafię wybaczyć światu tego, że dał mi jeden konkretny znak: w dniu symbolizującym najpełniej Jego osobę, w miejscu, które w moich oczach związane jest z prawdą i z nadnaturalnym rozumieniem świata, dostałam - w dodatku od osoby, która jako żywo sama jest jakimś dziwnym znakiem, że istnieje coś więcej - symbol świata, z którego On pochodzi. 

Nie rozumiem, dlaczego tak się stało, po co, w jakim celu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz