Miałam wysoce symboliczny sen ostatniej nocy.
Powoziłam dorożką, jadąc z siostrą przez ładne, nasłonecznione, zielone wzgórza, upstrzone gdzieniegdzie krzewem czy drzewkiem. Niecierpliwiłam się, gdyż wóz zaprzęgnięty był w tłuste, leniwe krowy zamiast konia, ciągnęłyśmy się więc godzinami. Wtem nad strumieniem dojrzałam Indianina Tańczącą Chmurę, którego skądinąd dobrze w tym śnie znałam. Wymieniwszy się pozdrowieniami, zagadałam doń, czyby może nie chciał dobić targu i wymienić swego konia na dwie dorodne krowy. Tańcząca Chmura, którego szyję zdobił niezwykły naszyjnik, swego rodzaju łapacz snów, ale uformowany z nawleczonych na nić przejrzystych kamieni (może z kryształu górskiego), nie zareagował entuzjastycznie, wręcz odwrotnie - miotał się i wymigiwał, nie chcąc mi chyba sprawić przykrości otwartą odmową. Ostatecznie na taki układ się nie zgodził, nie dostałam upragnionego konia, moje krowy pasły się na łące, wóz zupełnie już stanął w miejscu i tyle z tego było.
Pozwalając sobie na autoanalizę, mogę stwierdzić z jako taką pewnością jedynie, że krowy symbolizują dobrobyt i bogactwo (pamiętamy biblijną przypowieść o krowach chudych i tłustych), co koresponduje też z wolnym tempem jazdy i łagodny, sielankowy krajobraz. Jest to względne odbicie stanu, w jakim się obecnie znajduję. Jednak taka jazda staje się szybko nużąca i chce się przyspieszyć. Możliwością jest wymiana krów na konia. Dynamiczny koń symbolizuje często namiętności i pożądanie (pamiętamy np. obraz Podkowińskiego, Szał uniesień). Oczywiste jest zatem, że we śnie jestem gotowa wymienić wygody życia na ekscytującą przygodę.
Niepewność natomiast dopada mnie w momencie, gdy myślę o Indianinie Tańczącej Chmurze. Ta niezwykle lubiana przeze mnie postać pochodzi z serialu Dr Quinn. Odkąd pamiętam, dzięki temu serialowi jak i disneyowskiej Pocahontas żywiłam wobec Indian wielki szacunek i podziw (o dziwo, w przeciwieństwie do rdzennej ludności innych kontynentów niż Ameryka Północna, ale to tylko pokazuje, że jestem dzieckiem kultury masowej swoich czasów). Nasuwa się zaraz skojarzenie, że ów Indianin mógł stanowić dla mnie swoistego stróża, duchowego przewodnika, która to figura dość często pojawia się w naszych snach pod postacią autorytetów wszelkiej maści. Jednak wydaje się, że nic z tych rzeczy. Tańcząca Chmura, gdyby był tu autorytetem, powiedziałby jasno: nie oddam ci mojego konia, nawet za dwie krowy, basta. Tymczasem mam wrażenie, że był słaby, mało asertywny, niemęski, mówił bowiem: nie za bardzo chciałbym się wymienić, te krowy to nie, nie, może innym razem, raczej się nie chcę z koniem jeszcze rozstawać etc. I teraz przychodzi mi na myśl, że nie potrafił otwarcie odmówić zupełnie tak jak ja - zamiast porządnie przerwać tę dziecinadę, wycofywał się i kręcił. Oj tak. Możliwe więc, że stanowił moje alter ego, to bardziej indiańskie, co znaczy: rozwinięte, uduchowione, na wyższym poziomie wtajemniczenia, więcej widzące. I ono to nie chciało mi pozwolić na konia. Co oczywiście tłumaczy się jako, że nie chciało pozwolić mi na jakieś irracjonalne szaleństwa, które zakłóciłyby niezmącony spokój mojej nudnej egzystencji. Indiańskie serce znad strumienia uważało, że dobrze jest, jak jest, bez szaleństw, gdy panta rhei mozolnie. Stoik we mnie się zgadza. Spokój i racjonalność zapewniają porządek, zaś porządek - poczucie bezpieczeństwa.
Tylko że krowy poszły paść się na łąkę, wóz się nieco rozklekotał i nigdzie już więcej nie pojechaliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz