Poniedziałek, około samego południa. Kościół jeden, drugi. Wieczór i kościół trzeci. Taka mała odyseja. Obserwowałam dziś ludzi. Wszyscy starsi. Jak gdyby wymiar materialny po pewnym czasie stawał się nużący i szukało się czegoś innego, z zupełnie drugiej strony medalu. Albo przyzwyczajenie, albo strach, ale święto.
Takie wyjście z domu podczas emerytury - myślałam sobie - na mszę, bo gdzieżby indziej w moim mieście, tyle tu kościołów, można zwiedzać cały dzień. Liturgia jest świętem, ale świętują ją chyba tylko starsi. Regularne świętowanie. Specjalne wyjście.
W sumie chciałabym tak kiedyś świętować. Gdy już będę miała kogoś na zawsze mojego. Tylko on musi chcieć świętować to bardziej ode mnie, ja nas tam nie zawiodę. To szczęście, gdy mężczyzna wiedzie gdzieś kobietę. Tam. Jednak moje marzenia były bardzo młodzieńcze, bo takie wyjście do kościoła należałoby jeszcze kontynuować w jakimś lokalnym barze, uraczyć się tam południową kawą i aktualną gazetą, a potem spacerem wrócić do domu na obiad. Popołudniem i wieczorem pracować, czytać, pisać, malować - jak to na emeryturze. Później obejrzeć wiadomości i rozumieć wszystko, przejrzeć wszystkich na wylot.
Kiedy padło módlmy się za..., to ogarniając wzrokiem zgromadzone kobiety opatulone szalikami, kurtkami, z beretami i kapeluszami na siwych głowach, pomyślałam sobie, że one wszystkie, te kobiety, są już tak przyzwyczajone do troski o innych, do służenia, że i tu, gdy nie pozostało im już nic w tej trochę materialnej sferze, stają się opiekunkami świata, że gdy słyszą wołanie módlmy się, to na pewno w swoich sercach z troską przywołują obraz tego, za kogo trzeba się modlić, mniej lub bardziej bezinteresownie, pewnie jakimś takim odruchem naturalnym, matczynym, wrodzonym, jakby wszystkie kobiety były matkami tego świata, a potem przeistaczały się w anioły.
Pompatyczne miałam tam myśli. Ale generalnie my, młodzi, myślimy jednak głównie o sobie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz