poniedziałek, 15 grudnia 2014

Peryferie siebie

Tyle razy myślałam ostatnio Ukraina, wiele razy wypowiadałam to słowo. I jeszcze więcej słów. Ich znaczenia jedynie dla mnie samej wiążą się w spójną całość. Pokusiłabym się o ich opisanie, ale są tylko do patrzenia, patrzenia myślami - są niewyrażalne... Mimo to zawierają się gdzieś między idealnie przejrzystym, zielonym pejzażem a zapuszczonym i bezgranicznie brudnym terytorium.

Dalej jestem pod urokiem Andruchowycza, chociaż już wiem, że nie zrozumiem tego tak, jak myślałam, że mi się uda. Być może dawno nie miałam w rękach poezji tak przepełnionej prawdziwym życiem. Nie urywam w połowie zdania wiersza, nie odpływam myślami. Słucham do końca. Wszystko wydaje się prawdziwe, wszystko jest interesujące, wszystko to słyszę po raz pierwszy. Oswoiłam troszkę jego nazwy własne. Nadal się tam nie nadaję, ale nic to. Bardzo to męski sposób mówienia. W świecie Andruchowyczowego podmiotu lirycznego podróż bywa samotna i to nic złego, obserwuje się bez schizy, że jest się obserwowanym, pije się więcej, pali się więcej. Trochę zawsze o tym marzyłam, by kimś takim być, tym słynnym outsiderem, choć nie ulegam złudzeniom. Mimo wszystko, mimo wewnętrznego chłopca, starych blizn na kolanach i zagojonych siniaków, mimo umiłowania prostoty, prostej komunikacji i potępienia gierek typu sentymentalizm - pozostaję kobietą.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz