sobota, 18 listopada 2017

Jeszcze tego nie rozumiem

Sny: otrzymuję suche zapytanie, czy zdaję sobie sprawę z tego, że mój dziadek nie żyje i mam to niezręczne poczucie, że będę musiała dołączyć do pogrążonych w żałobie członków rodziny i okiełznać emocje, przywdziać swoją kamienną twarz. Albo: wybucha wojna, wokół wszystko szaleje, niby nic (jeszcze), ale ludzie kręcą się wokół własnego ogona, próbując wymyślić, co ze sobą zrobić, podobnie zresztą jak moja rodzina, bo my bierzemy jakieś przypadkowe rzeczy i wyruszamy, dokąd?, właściwie nie wiadomo, gdzieś przez podmokłe tereny, egzotyczne zarośla, wichrowe wzgórza, a bierzemy tak mało, żadnego jedzenia ani cieplejszych rzeczy, chyba ze względu na męczeństwo, na które się decydujemy, przecież nawet nie wsiadamy w pociąg albo samolot, będziemy iść pieszo, tak bardziej incognito, pośród bujnej roślinności będzie można się w razie czego ukryć.

Wreszcie: zawiesiłam swój obraz po drugiej stronie ulicy, na zewnętrznej ścianie jakiegoś budynku i teraz spoglądam z okna, i z oddali jawi mi się ta dziwna kompozycja w odcieniach cytrynowej żółci, nasyconej zieleni i pogodnego błękitu, taki z lekka abstrakcyjny krajobraz... dni mijają, pogoda się zmienia, siąpi deszcz, a ja dostrzegam, jak warstwa farby niszczeje, faktura pokrywa się pajęczyną pęknięć, płaty odpadają, odkrywając bawełniane, brudne płótno pod spodem... i wstyd mi tego, jak nędznie wygląda teraz moje dzieło, wstyd mi, że zawiesiłam to w tak publicznym miejscu, bo wszyscy okoliczni mieszkańcy muszą myśleć tylko o tym, jak głupie było zawieszenie obrazu na dworze, a trudno mi się nie zgodzić, że był to fatalny błąd, decyzja w ogóle nieprzemyślana, więc jedyne, co mi pozostaje, to udawać (przed samą sobą również), że to był celowy zabieg, bardziej performance niż klasyczny akt artystyczny - tylko że tak trudno przekonać do tego samą siebie, jest mi głupio.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz