Ostatnio tak szybko wszystko mija. Wszelkie starania, zabiegi, szereg działań mających prowadzić do jakiegoś celu powoduje tyle poruszenia, tyle szumu, by po chwili odejść w zupełne zapomnienie. Ale nie jest to dziwnie triumfalny moment jak ten w Pompejach. Przede wszystkim wydarzenia gubią swoją chronologię. Średnia wrażeń ze spotkań z ludźmi, wrażeń z obejrzanych filmów, z zasłyszanych wykładów, podsłuchanych rozmów, wrażeń z miejsc pełnych ludzi i hałasu, który miał być czymkolwiek innym, konkretnym - ta średnia jest niejednoznaczna, zmienna, jest błędem w systemie. Cały ten kocioł to misternie ważony lek na momenty samotności, które są chwilami absolutnie demaskującymi mnie, czyli wszystko - i nic.
Człowiek pozostawiony sam sobie, sam dla siebie, sam przed sobą - to człowiek jawiący się sobie w prawdzie. Człowiek nagi, bo nieubrany w relacje. Nagość budzi w nas zawsze trochę wstydu i niepewności, a z drugiej strony fascynuje. Jednak nie można pozostawać nagim nieustannie, bo grozi to przemarznięciem - tak samo samotność dobra jest, jeśli się ją odpowiednio dozuje, zaś na dłuższą metę - ciężko. Czy to w ogóle wykonalne? I czy ciężko jest być bez ludzi, czy ciężko jest być tylko ze sobą? A może to jedno i to samo.
Lubię być sama, jednak coraz trudniej jest mi znieść własną osobę. Po tym, jak straciłam punkt odniesienia (a może nigdy go nie odnalazłam), nie potrafię postawić kropki kończącej zdanie, to znaczy zamknąć coś i przytwierdzić. Nie ma do czego. Myśli łączą się jeszcze jakoś, ale im dalej, tym bardziej odrywają się od gruntu, który może okazać się nagle ścianą, sklepieniem albo tylko nietrwałym obłokiem, chmurą. Tracę wiarę w istnienie spójnego, zamkniętego systemu - a może we własny rozum.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz