sobota, 15 marca 2014

Brak wyobraźni a początki

Jest tyle rzeczy, które mnie przerastają. Właściwie ten krąg chyba ciągle się powiększa.

Gdy się czegoś uczymy - życia, ludzi, języka - z początku stawiamy, jak nam się wydaje, największe kroki. Potem coraz mniejsze i mniejsze, aż w końcu poruszamy się bardzo pomału. W rzeczywistości jednak jest tak, że im dalej na danej ścieżce się znajdujemy, tym wyraźniej widzimy, jak wielki dystans przed nami, droga zaczyna się dłużyć i ciągnąć w nieskończoność. (W istocie, prawdopodobnie żadna z dróg się nie kończy). W ten właśnie sposób:

  1. mając lat kilkanaście, ale bardziej 12 niż 16, naczytawszy się kilku pierwszych książek o życiu oraz kilkunastu czasopism o niby-życiu, byłam w stanie wygłosić całkiem sensowną, jak się podówczas zdawało, opinię na dowolny omawiany wśród moich rówieśników temat;
  2. mając kilkanaście lat, nie ma znaczenia czy 12, czy 16, po przeczytaniu ładnej liczby książek o mniej lub bardziej życiowym życiu, po odnalezieniu jakichś tam przygodnych pasji, określeniu ulubionego gatunku muzyki, preferowanego wykonawcy, pisarza, poety, koloru, miesiąca, pory roku, długości spódnicy, a także wykorzystując różne testy psychologiczne, trochę astrologii, trochę typowych, banalnych rozróżnień - potrafiłam w miarę pewnym tonem określić, kim jestem;
  3. całkiem niedawno osiągnąwszy pierwszy poziom znajomości obcego języka, byłam przekonana, że dogadam się z ludźmi. 
W każdym z tych początków cechował mnie jednak bezgraniczny brak wyobraźni. Nie twierdzę, że jestem teraz w zaawansowanym studium któregokolwiek z powyższych życiowych zadań, jednak początek początków już za mną. Jeśli ma się nieustające poczucie, że tak naprawdę nic nie wiadomo, że nic nie jest jasne, nic się nie da powiedzieć, a wszystko, czego było się dotąd pewnym, jest już tak daleko, że nawet nie da się tych podstaw pewności przytoczyć z pamięci - to już chyba nie jest początek.

Z drugiej strony - by nie było tak wewnętrznie niesprzecznie - jest masa kwestii, zagadnień, problemów, które ledwo napoczęłam i jestem w powijakach, a i tak ogarnia mnie brak wyobraźni. Na przykład zupełnie nie potrafię sobie wyobrazić, jak to było w starożytności. Codzienność Mezopotamii czy nasze życie w epoce kamienia to dla mnie jedna wielka biała plama.

2 komentarze:

  1. to taki bezzasadnym komć, no ale co tam. spoko, całe życie polega na następujących etapach poczucia rozbicia i wewnętrznego jednoczenia, jeśli masz poczucie rozbicia i potrzebę przeformułowania, albo poczucie konieczności przeformułowania to oznaka młodości i myślenia ;) zatem poukładasz to. Te problemy, które nie są błache, ale męczą bo nie wystarczy zaangażowanie i chęć jednej osoby brzmią jak pogłos kultury, która coraz silniej akcentuje potrzebę poczucia własnej wartości. Może gdyby to nie byłoby tak silne, jakoś łatwiej dałoby się zgrać to wszystko, zrobić jakiś krok od ja sam do coś ponad to. Miałam coś dodać, ale bardzo się śpieszę w tej chwili :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sponio, komcie mogą być bezzasadne do kwadratu, wtedy to będzie miało ręce i nogi wobec moich wypocin! Dzięki za to pocieszenie, mam nadzieję, że jakoś tak jest w istocie, w sensie, że jak coś się przeformułuje, to krok ku coś ponadto będzie łatwizną. Nie w sensie pójścia na łatwiznę oczywiście, chodzi o takie prawdziwe posunięcie. :))

      Usuń