poniedziałek, 10 marca 2014

Być albo nie być

Dziś siedziałam w ciemnych, dusznych salach, próbując wyłowić spojrzeniem jak najwięcej złotego, popołudniowego blasku zza żaluzji. Nie był prawdziwy, stanowił światło odbite od olbrzymiej, szklanej ściany. Stanowił echo wszystkiego, za czym tęskni się tak bardzo po długiej nocy i sporej części dnia zmarnowanej na sen.

Śniły mi się dokładnie te same duszne i ciemne pomieszczenia, które, w przeciwieństwie do rzeczywistości, wypełniał teraz nieznośny hałas Rammsteina. Nieznośny o tyle, że spośród burzy niepokornych dźwięków próbowałam wydobyć słowa mistrza, który swym słabym głosem zmuszony był przekrzykiwać wściekły ton muzyki. Wreszcie się poddał. Okazało się, że to mój telefon dźwięczał. Że był podłączony do ogromnych głośników. Że nie potrafiłam nad nim zapanować. Tak, to była ta cienka granica między snem a jawą, budzik w telefonie przedostał się przez zamknięte powieki gdzieś daleko we mnie, przywdziewając szatę adekwatną do odgrywanej właśnie sztuki.

W każdym razie wciąż nałogowo sprawdzam maila w telefonie. Mistrz nie odpisuje.

+

Chciałabym bardzo znaleźć się w jakimś ciepłym miejscu, gdzie widać szeroki horyzont. Usiąść na skraju drogi na źdźble trawy, oprzeć się plecami o przydrożny, stary płot i wyciągnąć nogi. Mieć to niegasnące poczucie, że tą drogą w przeciągu kilku godzin nie przejdzie żywa dusza - i cieszyć się z tego! Wiedzieć, że nikt na mnie nie czeka, że nikt niczego teraz ode mnie nie chce, że to, ile będę tak siedzieć, zanurzając dłonie w trawie, zależy tylko ode mnie. Potem upić łyk chłodnej, niegazowanej wody i wybuchnąć głośnym śmiechem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz