Można powiedzieć na tyle różnych sposobów, jaka przyjemność tkwi w niemyśleniu. Dzisiaj było tak, że z daleka upatrzyłam sobie obraz i szłam ku niemu, w ogóle nie próbując go ogarnąć wzrokiem. Moje spojrzenie padło na pisany ręcznie wyraz na płótnie, złożony z dziwnie spętanej nici, pętelki, zawijasa, aż do końca drogi nieczytelny, niezrozumiały. Do końca też powstrzymywałam się przed próbą poskładania połączonych liter w sensowny wyraz. Jak gdyby nie wystarczyło, że wśród masy obrazów dookoła skupiam się na jednym, nawet jego nie próbując rozszyfrować. Ten tajemniczy wyraz zniósł dzielnie moje uporczywe spojrzenie, po czym skapitulował i przemienił się w znaczenie: ścięcie.
Obrazy panują nad nami niemiłosiernie. Sterują naszymi umysłami, jak im się żywnie podoba.
Tymczasem później podszedł do mnie pewien łysiejący, choć młody jeszcze facet. Cześć, pamiętasz mnie? Skąd, u licha. Nie? Powinnam? No, jak to, grałaś w zespole! Och, tak, tak. I co z tego? Jestem sąsiadem, byłem sąsiadem. Stara historia, wszystko się pozmieniało. Spomiędzy dłoni dolatywał do mnie delikatny zapach cappuccino. Zza szyb zerkała na nas nocna ciemność. Hałas, taki, jakiego się nie zauważa, ale próbuje przekrzyczeć. Taki, który dobrze mi się kojarzy z pamiętnikami pewnej bardzo inteligentnej, przebojowej, kreatywnej kobiety, która wyszła za swojego wykładowcę, a poza tym była lesbijką. Pamiętałam tego faceta. Ale zignorowałam go kiedyś bezczelnie, w sumie trochę ze strachu. No, nie wiem - tak się ludzi nie powinno traktować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz