wtorek, 25 marca 2014

Z deszczem w tle

Nieustający, miarowy szum deszczu ma na mnie większy wpływ niż kilka lat innej czasoprzestrzeni, zintensyfikowanej, zaplanowanej, poruszającej, dostępnej na dużym ekranie. W filmy wchodzę na, zdawałoby się, małą chwilę i tylko w ten sposób mogę uwolnić się od rytmu, z którym jesteśmy stale sprzężeni. Przeżywam tam różnorakie emocje w najświetniejszy sposób - prawie w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy. Trochę czuję się oszukiwana, manipulowana, przez to słaba, zwłaszcza gdy coś mnie doprowadza do łez i pojawia się ta stanowcza granica plus cichy głos: zachowuj się, ale generalnie poddać się takiej grze, stać się dobrowolnym pionkiem w nudnym, beznamiętnym życiu przeciętnego człowieka to przecież niebywały luksus.

Tymczasem deszcz cichnie za oknem, szum się uspakaja. Nie przestawaj, kap jeszcze głośno i szybko, kap długo, niestrudzenie, gęsto. Taki szum płynącej wody jest niesamowicie uspakajający, zapewnia dziwne poczucie bezpieczeństwa, gdy leży się pod ciepłą kołdrą: tam jest zimno i nieprzyjemnie, ale ja jestem tutaj. Czy dlatego lubimy tak deszcz na zewnątrz?

Wszystko ucichło już prawie zupełnie. Gdzieś w okolicach skroni co chwilę pojawia się jeszcze krótki, przenikliwy ból, stopy trochę marzną przy uchylonym oknie, powieki zaczynają ciążyć. Zbawienny sen tuż za progiem czeka na swoje pięć minut. Koniec myślenia o głupotach, czas odtworzyć całe dzisiaj, a za chwilę współtworzyć ze światem jutro.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz