środa, 12 marca 2014

Trzeba nam iść

Nie powinien Pan tedy, drogi Panie Kappus, lękać się, gdy wznosi się przed Panem smutek, tak wielki, jakiego Pan jeszcze nigdy nie widział, kiedy w Pana dłoniach i całym Pańskim działaniu drga niepokój, jak światło i cień chmur. Musi Pan myśleć, że coś się z Panem dzieje, że życie nie zapomniało o Panu, że trzyma Pana w ręku; nie pozwoli Panu upaść. Czemu chce Pan wykluczyć ze swojego życia jakiekolwiek zaniepokojenie, wszelki ból, wszelkie przygnębienie, skoro Pan nie wie, co wypracowują w Panu te stany?
- tak pisał Rilke do zmartwionego, młodego poety w 1904 r. Tonący brzytwy się chwyta. Próbuje pochwycić się czegokolwiek, byle szybciej, byle jeszcze jeden, choćby zduszony, haust powietrza. Może właśnie dlatego rzadko kiedy coś z tego wynika, bo rozprasza tonący swoją uwagę? Z drugiej strony panika nie pozwala mu myśleć racjonalnie, podobnie jak nie pozwala zaufać tylko jednemu rozwiązaniu, jeśli nie widać jego natychmiastowych efektów. A ja: czego szukam? czego oczekuję? czym jest ten niewypowiedziany brak?



Trzeba iść.

Dziś pogoda pozwoliła mi na długi spacer ze szkoły do domu. Niesamowity błękit nieba o południu ponad nagimi gałęziami w tej samej zapewne postaci występował w najpiękniejszych miejscach na ziemi. Byłam przekonana, idąc wolnym krokiem, że czy to daleka Nevada, czy bliska Ukraina - niebo pozostawało identyczne. A ciepłe, jasne promienie zawładnęły powietrzem. Tylko cieniste miejsca zatrzymały trochę odchodzącego w niepamięć zimna. Szłam wśród wiekowych domów, których starzy właściciele krzątali się w ogródkach lub tylko wyglądali przez okna. Puchowa, jasna pościel i pasiasty koc wygrzewały się na ławce i w pewien sposób rozczuliło mnie to i pogodziło ze światem. Następnie szłam przez ruchliwe ulice, usiane małymi przedsiębiorstwami. Kobieta w chustce podążała do pobliskich delikatesów, dziewczyna z walizką czekała na przystanku, gdzie zatrzymuje się tylko jedna linia autobusowa, zaś dwóch podpitych dresowców, jak to się drzewniej mawiało, wypróżniało się nieopodal śmieciowiska, które kiedyś było zwyczajną łąką. Zbliżałam się już do jednej z dzielnicowych podstawówek. Dzieciaki z wielkimi tornistrami, starsze dzieci z plecakami, rodzice obarczeni torbami swych pociech. Przez chwilę wydało mi się, że jestem jak ci uczniowie, też wracam do domu po nudnych, ale pożytecznych zajęciach i cieszę się z tego jak kiedyś. Gdy jednak minęłam trzech chłopców, pomyślałam, że jest wręcz odwrotnie, chciałoby się, ale już dawno jest inaczej. Tak naprawdę, cokolwiek bym sobie nie wyobrażała, mogę być nawet w wieku ich matek, noszę ciuchy w rozmiarze ich matek, a czego nie robią dzieci - rozróżniam kilkanaście rodzajów smutku. Jakkolwiek to nie brzmi, mówiłam sobie, przechodząc obok boiska szkolnego, które miałam po prawej. Po przeciwnej stronie rozciągały się teraz ogródki działkowe, pojedyncze domy nad rzeką, a za wzgórzem - wysoki, pociemniały komin, poniżej wielki, niewidzialny cmentarz i wiele, wiele lat historii.

Nie padał jeszcze wiosenny deszcz. Wróciwszy do domu, byłam cała zakurzona. Buty mam w opłakanych stanie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz