Gdybyśmy mieli wszyscy wciąż uciekać. Nic by się nie stało. Nawet nie wiedzieć przed czym. Zastanawiać się tylko chwilę, ale nie dopuszczać myśli, czując na plecach podmuch zagrożenia. Jak tu się jednak zatrzymać. Jak się odważyć zatrzymać. Jak, jakże? Byłoby tak łatwo i tak trudno, byłoby tak miło. Po ciele rozchodzi się żywa fala jak błysk, jak wstrząs elektryczny. Po czym łamiący się głos sięga po ostatnie oręże słów. Boże, nie. Nie.
Marzenie. Irracjonalna tęsknota. Nie wiedzieć do czego ani tym bardziej dlaczego. Tyle tylko, że samemu idzie się, jakby wśród mgieł złudzenia. Moczary i błotnista ziemia. Koń, który poddał się tym bezmyślnym lękom, zginął, a jego młody pan objął się ramionami i skulony pogrążył w bezdennym smutku. Chwilami - tak, jakbym na zawsze tam została, gdy on jednak odszedł ratować swój świat.
I jeszcze dobrze znane uczucie. Naprzeciw mnie ktoś nowy, ale ja czuję, że z kimś było tak samo. Jestem jak gdyby z tamtej relacji. Czy kiedykolwiek bywam prawdziwa? Z czego zbudowano ten mur, do którego różni ludzie z taką łatwością mogą mnie przyprzeć? Mówiłam, że bywam, ale nie jestem. Ale widziałam sama, jak mowa ciała mnie zdradzała. Rzuć wszystko, brzmiało niewypowiedziane polecenie, rzuć i poczuj. Z drugiej strony widniał wielki ciężar. Pomyślałam, że to nie będę jednak ja.
Teraz, z każdym upadającym jak kropla dźwiękiem Clair de lune, żal wciąż wypełnia stos naczyń, a w każdym z nich można odnaleźć swoje odbicie. Ale tak już musi być.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz