Niełatwo się mówi o religii. Zwłaszcza popijając dopiero pierwsze piwo, popalając te wyniszczające fajki w pomieszczeniu zduszonym dymem i zagłuszonym przez głośną muzykę, zerkając do tego na zegarek w oczekiwaniu na jakiś satanistyczny koncert. I nawet nie idzie o mówienie o religii, bo bardziej chodzi o mówienie o wierze. Ale o tym też się tak średnio da. Jest większy spokój, nie ma wiecznego strachu, że słowa pospadają z półki, na której się siedzi itd. Ale i tak z bezkształtnej masy nie wychodzi żaden konkretny kształt. Słucha się tych strasznych historii i nie ma nawet co na to rzec. Każdy ma swoje problemy, ale niektóre bledną. Przyznam jednak, że irracjonalne oddawanie swoich problemów przynosi ulgę. Pozostaje usilne wołanie gdzieś głęboko, na drugim planie, ukryte pod skórą, o zmiłowanie, o ulgę, gdy się słyszy, jak te historie mogą boleć. Ale co ja mogę?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz