Pisanie tutaj w oczywisty sposób zastępowało mi - sorry: zastępuje, zabrzmiało to jak nieoczekiwany epilog - jakąś formę wieczornej medytacji, modlitwy, wyciszenia, wyrzucenia z siebie nadmiaru myśli. Ostatnimi czasy, rekolekcje i tak dalej, próbowałam jednak, zamykając dzień, znów posługiwać się modlitwą. No, nieważne. Ale gdzie to się nie wędrowało myślami w tym roku! Zapanowało królestwo chaosu. Tak to jest, gdy działamy wbrew sobie, na przykład próbujemy przekonać się, że coś jest dla nas najlepsze, mimo że wcale tego nie czujemy. Cóż, nieistotne. Ale gdy się zabłądzi w wielkim, mrocznym lesie zbyt daleko - a jak wiemy, dróżkę jest zgubić nadspodziewanie łatwo - to tym trudniej się wydostać, chyba że po drzewach do góry. No więc tak próbowałam. Rzeczywiście, ten las był wielce trafną metaforą, bo i człowiek świruje, poddając się iluzjom, i brak mu powietrza, i czyha nań realne niebezpieczeństwo.
A tak już serio. Chciałabym znów siedzieć na skrzypiącym krześle, podjadać czekoladę z bakaliami i gapić się na ten mroczny las na ekranie. To oznacza, że chciałabym cofnąć czas o kilka miesięcy. Żeby niektóre rzeczy się nie wydarzyły, żeby wydarzyło się coś innego, żeby uniknąć niektórych ciosów i ogólnie wyczuć na czas niebezpieczeństwo, ale przede wszystkim po to, by skrępować hasające myśli i nie dać im się porwać gdzieś, skąd ciężko jest wrócić i być tą samą osobą co wcześniej. Z drugiej strony to naturalne, że się zmieniamy... Nieważne, nieważne. Źle mi, bo tak bardzo oddaliłam się od wspaniałego człowieka, który był mi remedium w momencie, gdy stwierdziłam, że nie wiem, gdzie iść. W cudowny sposób odmienił mi wtedy optykę. Zawdzięczałam mu odżycie, a to tuż zaraz za życiem, to coś bardzo ważnego. Powiedziałam kiedyś, że przewodnik, ale chodziło o kogoś więcej. Przewodnik tylko wskazuje drogę, można za nim podążać, ale sam może być kimś zupełnie przypadkowym, przeciętnym, nieważnym, nie musi stać się z miejsca wzorem. Kurde. To wszystko moja wina. Tak wszystko spieprzyć, pozwolić sobie dać w kość, bezwiednie dać się wykiwać. Żałosne, najżałośniejsze. A to akurat było cholernie ważne.
W tego typu trudnych chwilach ciężko jest samemu pamiętać(przerobiłam na własnej skórze tysiące razy - w tych najtrudniejszych momentach, po prostu się nie pamięta) o ważnej sprawie: to my sami nadajemy kształt naszemu życiu. Od nas zależy, o czym pomyślimy, czyje słowa będą dla nas ważne (tak, ludzie niestety rzucają słowa na wiatr i, często nieświadomie, nas ranią - przecież to tylko słowa, cóż słowa mogą zrobić... Obie wiemy doskonale, że słowa mają moc), jakie emocje wyzwolą w nas te słowa (zachwyt, smutek, impuls do działania, czy wręcz odwrotnie), wreszcie to od nas zależy czy damy mięśniom sygnał do ruszenia w dalszą drogę.
OdpowiedzUsuńMoże to 'przypomnienie' nie pomoże Ci od razu, może nie pomoże TERAZ, ale obudzi w Tobie jakąś z początku małą cząstkę 'wojownika' i ona, raz obudzona, będzie wiedziała, jak te dobre słowa przekuć w czyny :)
Długo myślałam, chcąc odpisać coś konstruktywnego, ale nic z tego nie przeszło próby czasu i pozostaje mi chyba tylko: dziękuję. :)
Usuń